czwartek, 12 sierpnia 2010

Szalona banda Sama P.
"Dzika Banda" (1969) reż. Sam Peckinpah



Co sprawia, że filmy Sama Peckinpaha nie wymarły śmiercią naturalną i nie trafiły na półki wypożyczalni, obok brutalnego kina klasy B? Po pierwsze – bo to nie jest kino klasy B. Po drugie, bo jest doskonale nakręcone, a Peckinpah był doskonałym filmowcem. Po trzecie, bo te filmy są niezwykle liryczne i mają sporo głębokiej refleksji w odróżnieniu od sieczki ze stajni spod znaku Tarantino, Rodrigueza, Eliego Rotha i innych bałwochwalców keczupu.

Na początku rozprawmy się z dosyć wytartą etykietą antywesternu, którą niektórzy mylą z postwesternem. Współcześnie określa się tym terminem już wszystkie produkcje o kowbojach.
A zatem dlaczego antywestern? W typowym westernie zawsze było tak, że siły dobra w manichejskiej konwencji świata wyobrażał przystojny, ogolony i uczesany dajmy na przykład Rock Hudson albo Henry Fonda, czy nawet John Wayne. U Peckinpaha bohaterowie wcale nie uosabiają sił dobra. Czy zatem jest samo zło? Raczej chaos. Dobro czyni się okazjonalnie, bardzo wybiórczo, a przede wszystkim z zyskiem. Bohaterowie Peckinpaha również odbiegają od utartych wzorców. Mają plugawe gęby, popsute zęby, strzelają do kobiet i starców. To degeneracy i zabójcy, ale paradoksalnie tylko oni kierują się czymś na kształt kodeksu honorowego. Reszta poszła po rozum do głowy i przestrzega kodeksu merkantylnego. Tytułowa banda też z pozoru idzie tylko za łupami i forsą. Ale tylko z pozoru. W gruncie rzeczy mają gdzieś święty zysk. Żyją tak jak chcą. Dziko.
Nie będę dowodził, że Peckinpah pierwszy to wszystko wymyślił. Tak nie jest. Już pewne elementy tej estetyki pojawiły się u Sergio Leone. To on ze szlachetnego Henry’ego Fondy zrobił w „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” arcyłotra. Ale to Amerykanin poszedł w demitologizacji najdalej i robił to najlepiej.

Banda Pike’a Bishopa (William Holden) dokonuje nieudanego skoku na rezerwy gotówki będące własnością przedsiębiorstwa koleji. W zasadzce tracą ludzi i muszą uciekać na południe do Meksyku. Bishop i jego ludzie nie zamierzają iść na emeryturę bez zapasu gotówki. Zgadzają się, więc ukraść transport broni dla meksykańskich wojsk generała Mapache. Nie wszystko idzie zgodnie z planem i bandyci stają do straceńczej walki z meksykańskim wojskiem.
Elementem mocno kontrastującym z westernową papką, którą przez kilkadziesiąt lat karmiono widzów, to motyw ostatecznej rozprawy i walki rewolwerowców. Zazwyczaj rycerze z koltami podejmowali rękawice i stawali do mniej lub bardziej równej walki. Nieważne o co, bo przecież zawsze wygrywali. Wygrywali pokój, dobro, porządek społeczny i inne ważne głupoty. W "Dzikiej Bandzie" ostatnia walka jest tylko po to, żeby zrobić rozpierduchę. Bandyci zdobyli broń dla meksykańskiego generała Mapache i dostali za nią pieniądze. Można powiedzieć, że dobiegli do mety, rozejrzeli się i powiedzieli: "Walić to, zanudzimy się tutaj na śmierć. Wracamy." O ciążącym na bohaterach fatum wiemy już po jednej z pierwszych scen, w której dzieci bawią się wrzucając skorpiony do mrowiska, a później podpalając je. Złowieszcza symbolika jest oczywista, ale nienachalna i bardzo estetyczna.


Jeszcze jednym ważnym elementem antywesternu jest podważenie amerykańskiego mitu o dzikim zachodzie, szlachetnym kowbojach i cnotliwych szeryfach. Najlepiej to widać w innym filmie Peckinpaha „Pat Garret i Billy Kid”. Bandytów i stróżów prawa odróżnia tylko odznaka. Nic więcej.

Zakończenie filmu można porównać z bezkrytycznie przyjmowanym od lat sentymentalnym i mitotwórczym westernem "Butch Cassidy i Sundance Kid", który miał premierę w tym samym roku, więc raczej nie wchodzi tu w grę jakaś polemika twórców. Tak jak Butch i Sundance garstka pozostała z bandy Bishopa staje naprzeciwko całej armii. Kowboje grani przez Redforda i Newmana w filmie Georga Roya Hilla wpadli w zasadzkę. Pike Bishop i reszta robią to jednak z własnej woli. Mogliby odjechać, tu przecież nie chodzi o ich dogorywającego kompana Angela, nad którym pastwili się żołnierze Generała Mapache. Wracają bo gardzą wszystkimi cynikami, pragmatyzmem i światem zniszczonym przez armie i idiotycznych polityków. Tam gdzie George Roy Hill wyłącza kamerę i zostawia widza z czarno białą fotką romantycznych bohaterów, tam Sam Peckinpah pokazuje jak Bishop i jego ludzie rozwalają cały oddział meksykańskiego wojska doszczętnie niszcząc pueblo i masakrując postronnych ludzi. Oczywiście realizmu musi stać się zadość i bohaterowie też muszą zginąć podziurawieni kulami. Ale nie dostajemy ponurego obrazka w stylu – odeszli najlepsi, koniec świata, armageddon i hymn Teksasu. Zostaje Deke Thornton, który przyjeżdza na pobojowisko i wtedy dopiero widzi, że przeszedł na służbę fałszywego proroka (jako były członek bandy zobowiązał się dorwać Bishopa żywego lub martwego za co miał otrzymać wolność). Thornton reflektuje się i odjeżdza z meksykańskimi Indianami, bo przecież ktoś musi nieść kaganek buntu.

Od strony technicznej to jak zwykle u Peckinpaha jest doskonale. Wspaniały montaż sprawia, że świetne sceny akcji nie zestarzały się. Gdyby nie jakość zdjęć to możnaby bez problemu puszczać ten film zamiast laurkowatych remaków w stylu "3:10 do Yumy". Role są tak świetnie zagrane, że ciężko uwierzyć, że to naprawde zawodowi aktorzy, a nie jacyś recydywiści i żule. Emilio Fernández w roli Generała Mapache jest najlepszym samozwańczym generalissimusem idiotą jakiego widziałem na ekranie (zagrał też u Peckinpaha w "Przynieście mi głowę Alfreda Garcii").
Są w tym filmie sceny, których długo się nie zapomina. Zwłaszcza sceny akcji, przy których jakieś bzdetne walki robotów z "Transformersów" i ostatniego "Terminatora: Ocalenie" po prostu nudzą. Chociażby scena pościgu i wysadzenia mostu. Ciężko to nawet opisać. Trwa jedno wielkie pandemonium na moście, który zaraz zostanie wysadzony. Lont do ładunku wybuchowego już się pali, a w tym czasie strzelanina trwa w najlepsze. Chciałoby się zacytować Hitchcocka, który tłumacząc czym jest dobry suspens opisał reakcje widza chcącego krzyknąć do niczego nie świadomych boheterów : "Ludzie, uciekajcie stamtąd! Przecież pod stołem jest bomba i to wszystko zaraz wyleci w powietrze". Peckinpah zdefiniował na nowo nie tylko kino kowbojskie, ale kino akcji w ogóle.
Jest tu dramat i komedia. Wszystko jest przeplatane niesamowitą dawką humoru. Fikuśna meksykańska muzyka uniewinnia orgię i pijatykę, a tarcia między bandytami rozładowują sprośne dowcipy.

Argumentów przeciwników jego kina czasem się nie da odeprzeć. To kino jest bardzo naturalistyczne i brutalne. Czasem jest wulgarne i miejscami seksistowskie. W ripoście można odpowiedzieć, że nie jest to jednak obraz jakiegoś wyimaginowanego świata, lecz tego w którym żyjemy. Poza tym zdarzają się w tych filmach naprawdę piękne sceny, przepełnione liryczną melancholią i smutkiem za uciekającym życiem.
Sam Peckinpah był człowiekiem, który mógłby być bohaterem tego filmu. Uzależniony od alkoholu (później go zamienił na kokainę) bywał nieprzewidywalny na planie filmowym i wobec producentów. Nie przedłużył rodzinnej tradycji prawniczej, zamiast tego zostając jednym z najbardziej kontrowersyjnych reżyserów w historii. Tylko u niego aktor mógł zagrać z ręką w gipsie (T.P. McKenna grający Burmistrza w "Nędznych Psach") bo dzień wcześniej złamał ją w czasie libacji z prostytutkami sprowadzonymi przez reżysera. Niecodzienny życiorys. Nieprzeciętne filmy.



*/* (oceniać takie filmy to megalomania)

środa, 11 sierpnia 2010

Oj cienki ten lód
"Zamarznięta Rzeka" (2008) reż. Courtney Hunt



Pierwsze skojarzenie – "Zapaśnik" Aronofsky’ego. Paradokumentalna obecność kamery i zdjęcia podkreślające wszystko co ludzkie, czyli zmarszczki, kiepski makijaż, krosty i stare blizny. Na dodatek obracamy się w temacie Indian mieszkających w rezerwatach. Jednym słowem, typowy przykład tego, co jest obecnie na topie w amerykańskim kinie niezależnym. Na dodatek główna nagroda jury w Sundance. Nieco na wyrost, mówiąc bardzo oględnie. Jurorom musiał bardzo spowszednieć gust.


Bohaterka imieniem Ray Eddy (Melissa Leo) mieszka na rubieżach stanu Nowy Jork, tam gdzie USA graniczy z Kanadą. Wokół roztaczają się terytoria indiańskie plemienia Mohawków. Plenery bardzo ładne. Zwłaszcza jeśli ktoś ma słabość do północnego chłodu. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia mąż Ray - nałogowy hazardzista w przypływie słabości zabrał kasę i zawinął się do Atlantic City. Tymczasem do garnka nie ma co włożyć, pod choinkę nie ma co włożyć. Jednym słowem ludzka tragedia tak zwana. Nadzieja pojawia się wraz z czupurną Indianką – Lilą (Misty Upham), którą Ray poznaje gdy ta nieudolnie próbuje jej ukraść samochód. Wykorzystując znajomości Lily wspólnie zaczynają przemycać nielegalnych imigrantów przez granicę. Jak to bywa w takich opowiastkach zakazane zajęcie okazuje się być ślepą uliczką, która nie może się skończyć dobrze. Jest tu dramat, są też elementy thrillera, ale to wszystko razem troche mdłe.
Najciekawszy wątek, zgubionego dziecka na śnieżnym pustkowiu zostaje szybko i bezpiecznie ucięty, a dalsza historia zaczyna dryfować w stronę telewizyjnego dramatu rodem z cyklu "Prawdziwe historie". Szkoda też, że nie rozwinięto wątku Indian i ich autonomii w rezerwatach i powiązanych z tym problemów tożsamościowych. Dostajemy za to przeciągniętą dogrywkę o znajomej nazwie – ostatnia robota, która musi być tą pechową.
Różne nagrody i nominacje dla tego debiutanckiego filmu dziwią, na tyle na ile bezpodstawne nagradzanie filmów może jeszcze kogokolwiek dzisiaj zdziwić (nawet 2 nominacje do oskarów za rolę Melissy Leo i scenariusz dla Courtney Hunt, która ten film nakręciła). Jeżeli obejrzeć to tylko dla Melissy Leo w roli Ray. Aktorka ta zapewne jest anonimowa dla większości widzów, ale zawodowcy pamiętają ją pewnie z drugoplanowej roli w "21 gramach", a jeszcze inni kojarzą ze bardzo dobrego serialu "Homicide: Life on the Street", który na marginesie jest protoplastą telewizyjnego majstersztyku "Prawo Ulicy". Twarz Melissy Leo w "Zamarzniętej Rzece" zostaje w głowie dłużej niż sam film. Zmęczona kobieta, która ma dosyć nieodpowiedzialnego męża i ciągłego podnoszenia się na nogi po życiowych nokautach. Aktorka nie przestraszyła się gry bez makijażu przed kamerą, która nie ominie żadnej zmarszczki i bruzdy na twarzy. Pełen szacunek. Świetna kreacja. Chociaż tyle. A poza tym bez żalu można zapomnieć.


3,4 / 6

wtorek, 27 lipca 2010

Naftalinowy Harry
"Gran Torino" (2008) reż. Clint Eastwood



Tak… mógłbym zacząć czymś w stylu "stary, dobry Clint Eastwood". Coś mi jednak nie odpowiada w tym wszystkim i te zbiorowe zachwyty tylko pogłębiają moją nieufność. Nie ma wątpliwości, że Eastwood zrobił film poprawny, według wszelkich prawideł sztuki filmowej i z stosunkowo zaskakującym zakończeniem. Jednak gdy wpatrzymy się dobrze w ten obrazek to dostrzec można drobne ryski i pozbawiające komfortu detale.
Akcja filmu nie jest z gatunku tych zawiłych. Dobiegający kresu swego życia Walt Kowalski (Clint Eastwood) właśnie pochował żonę. Mimo polsko brzmiącego nazwiska jest szczerozłotym amerykańskim patriotą, plującym na japońskie auta i bolejącym nad powszechną degrengoladą społeczną. Jakby tego było mało jest wzorowym rasistą, ksenofobem i zgorzkniałym starcem. Kiedy przychodzi do obrony swojego prawa do obrony posesji, to szybko sięga za broń, zwłaszcza gdy na jego trawniku stanie osobnik o innym kolorze skóry. W wolnych chwilach oddaje się hobbystycznemu rytuałowi pucowania na błysk swego Gran Torino, rocznik 1972. Dalej jak po hollywoodzkiej nici Ariadny w Walcie zaczynaja zachodzić głębokie przemiany. A wszystko dzięki koreańskim sąsiadom, którzy mimo skrzywionej miny Kowalskiego otwierają się na niego i dają szansę międzykulturowego porozumienia. O ile w scenariuszu wszystko jest poprawne, o tyle nieco ramotowate. Mamy, więc tu traumy Kowalskiego z wojny w Korei, jest też postawienie banalnej tezy, o tym, że rasizm się bierze z ignorancji, mamy niewdzięczną rodzinę Walta i ojcowskie uczucia wobec koreańskiego chłopaka. Tenże koreańczyk o imieniu Tao ma kłopoty z gangiem swoich rodaków. Co więc Walter Kowalski zrobi? Pomoże mu, rzecz jasna. Tylko ten wątek rozprawy bohatera z gangsterami może wybić z rutyny, a reszta? No właśnie. Stary, dobry Eastwood…




Najsłabszym ogniwem pozostaje światopoglądowa wolta bohatera. Niezwykle poprawna politycznie, jednak mocno nieprawdopodobna. Eastwood zaczyna świetnie. Jego Kowalski to kawał zgorzkniałego chama, którego jednocześnie potrafimy do pewnego stopnia zrozumieć i zaakceptować. Reżyser i aktor w jednym pierwszorzędnie korzysta ze swego doświadczenia i daje nam takiego Kowalskiego jakiego jeszcze nie było. Niestety im bardziej przekonująco zaczyna, tym trudniej uwierzyć w tak gwałtowną przemianę. Rozumiem, że moralitet nie zawsze ma być realnym odbiciem ludzkich postaw i odruchów w zbliżeniu 1:1, ale ja tego nie kupuję. Nowotestamentowa symbolika ofiary i odkupienia grzechów (nie tylko własnych) jest tutaj bardzo czytelna i nawet ładna, ale bardziej wymagającego widza może skrępować swoją oczywistością i dosłownością.
Poza tym ten Kowalski… o co mu tak naprawdę chodzi? Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej jestem zaniepokojony dwuznacznością tej postaci i tej (pozornej?) przemiany. Czy rzeczywiście otworzył się na drugiego człowieka, jego cierpienia i radości, odrzucając powierzchowne stereotypy? A może tylko wreszcie jest zadowolony, że ktoś go słucha równie posłusznie jak jego pies? Może jest dumny z tego, że zdominował młodego chłopaka, kontroluje jego wybory, nie pozostawiając miejsca na samodzielność? Dlaczego Kowalski nie chce zaakceptować syna? Bo jest powierzchowny, nastawiony konsumpcyjnie i jeździ japońskim autem? Czy może dlatego, że tamten nie chciał być ojcowskim terminatorem, powtarzać jego poglądów, najzwyczajniej w świecie zbuntował się i wybrał indywidualną drogę? Tych znaków zapytania jest dużo i dlatego nie jestem w stanie tego filmu przyjąć z całym dobrem inwentarza. Samiec Walt uczy chłopaka mechaniki i posługiwania się "męskimi zabawkami" tj. kluczami i śrubokrętami. Tao rzeczywiście zaczyna jako kompletną pierdoła, co potęguje jego fryzura a la "poranny rozczochraniec" i dziewiczy wąs.
Estetycznie Eastwood nie zaskakuje. Tradycyjnie nakręcił film skromny formalnie, aktorsko pozbawiony ekspresyjności, co przydaje mu realizmu.
Dla miłośników filmowych cytatów polecam scenę, w której Kowalski obrabia butem jednego z koreańskich bandziorów. Skojarzenie z jedną z mocniejszych scen w "Brudnym Harrym" jak najbardziej wskazane. Już nie wspomnę nawet o zamiłowaniu Kowalskiego do szybkich samochodów co przywodzi na myśl postać o tym samym nazwisku ze "Znikającego Punktu" autostradowego klasyku lat 70.
Pomimo moich wątpliwości to wszystko dobrze się ogląda choć zirytować mogą obowiązkowe punkty programu w stylu: "Walt daje się przejechać chłopakowi swoim wypasionym samochodem" lub "Walt załatwia pracę dla Tao i uczy go jak ma rozmawiać z facetami na budowie" albo "Walt kaszle krwią – czyżby rak?". Te momenty nie pozwalają zapomnieć, że jest to kino typowe i powtarzalne. Ciekawe spojrzenie, ale bez rewelacji. Kiedy wrócimy do oklepanego stwierdzenia "stary, dobry Eastwood" i zmienimy je na "stary, typowy Eastwood" to zrozumiemy jaka jest różnica między przyzwyczajeniem, a olśnieniem.

4,0 / 6

piątek, 23 lipca 2010

Czy ten remake to rzeczywiście remake?
"Zły Porucznik" (2009) reż. Werner Herzog



Kolejny film, po którym zastanawiam się po cholerę komu te remaki? Przecież można zmienić parę detail, dać inny tytuł i po sprawie. Nikt by się nie połapał, z wyjątkiem krytyków, ale ich i tak wszyscy olewają. W przypadku "Złego Porucznika" jest to szczególnie widoczne. Dlaczego ktoś mógł wpaść na taki bezczelny pomysł? Chyba tylko dlatego, że spece od promocji wyliczyli w tabelkach, że film dzięki temu więcej zarobi.
Ale wróćmy do Adama, jak mawia inny filmowiec Andrzej Żuławski. W 1992 nowojorski reżyser o włoskich korzeniach nakręcił film pt. "Zły Porucznik" z Harveyem Keitlem w roli tytułowej. Zainspirowany wczesnym kinem Martina Scorsese Ferrara nakręcił film o staczającym się na dno nowojorskiego piekła glinie uzależnionym od wszelkich używek, seksu i hazardu. Jego praca ma najniższy priorytet wśród codziennych zajęć do czasu gdy dostaje sprawę brutalnego gwałtu na zakonnicy. Ten film jest w stanie zszokować nawet dzisiejszego, wypalonego nadmiarem przemocy widza (nie chodzi tylko o przemoc w popularnym fizycznym rozumieniu). Film niesamowity. Bluźnierczy i jednocześnie na wskroś religijny, naznaczony duchem chrześcijaństwa. Pokazywał piekło na ziemi, ale jednocześnie mówił o odkupieniu grzechów. W moim mniemaniu jeden z najciekawszych (najciekawszy nie znaczy najlepszy) obrazów o wierze jaki powstał. Chory i nie do strawienia dla spokojnego widza, poruszył mnie wielkim wyznaniem wiary. Zresztą sam Abel Ferrara to dla mnie Pan Zagadka. Zaczynał filmami amatorskimi, w połowie lat 70. kręcił pornosy, w których sam grał, współpracował przy serialach produkowanych przez Michaela Manna ("Policjanci z Miami" i "Crime Story"), a w latach 90. zasłynął brutalnym niskobudżetowym kinem. Do tego słynie z ostrego języka i wypowiada swoje poglądy bez ogródek, często na granicy środowiskowego harakiri. Taki twórca jest raczej skazany na kino niezależne. Większość w Hollywood uważa go za popaprańca.
Informacja o planowanym remaku nie zaczkoczyła mnie tak bardzo jak nazwisko reżysera nowej wersji "Złego Porucznika". Werner Herzog? Co to ma wszystko znaczyć? Wybitny twórca po świetnym dokumencie "Spotkania na krańcach świata" postanawia sobie zrobić przerwę na planie hollywoodzkiego filmu? I do tego z Nicholasem Cagem w roli głównej? Notka jak z pierwszego kwietnia. To już nawet nie kuriozum. To jakieś … kuzorium (cytując "Ile waży koń trojański? " Machulskiego).
Film Herzoga zaczyna się w Nowym Orleanie teuż po przejściu Huraganu Katrina. Sarkastyczny policjant w altruistycznym odruchu skacze do zalanego wodą aresztu, żeby uwolnić tonącego po szyję więźnia. Wskutek niefortunnego skoku doznaje urazu kręgosłupa, którego co gorsza nie da się wyleczyć. Pozostają jedynie leki przeciwbólowe. Ale nasz policjant (po całej sprawie awansowany na porucznika) nie zamierza poprzestać na ketonalu. Do przepisanych leków dorzuca kokę i inne prochy, które choć trochę go znieczulą. Z czasem jednak źródełko w depozycie policyjnym wysycha. Trzeba sobie radzić samemu i skołować towar innym sposobem. W międzyczasie na głowę spada mu zabójstwo pięcioosobowej rodziny (3 pokolenia – babcia, dorośli i dzieci), której żywiciele parali się handlem narkotyków.
Bohater grany przez Cage’a bierze prochy, pieprzy swoją dziewczynę – prostytutkę i inne napotkane "na służbie" dziewczyny. Nie chce mi się nawet liczyć ile razy łamie regulamin. Wymusza zeznania na staruszce, odcinając jej dopływ tlenu, gubi chłopaka, który jest głównym świadkiem masakry i wchodzi w dwuznaczny układ z gangsterami. Aha, prawie zapomniałbym o tym, że ciągle przegrywa zakłady obstawiając kolejne gonitwy koni i mecze futbolu.
Najgorsze nie jest to co robi tytułowy porucznik, ale fakt, że rola Cage’a kompletnie nie przekonuje. Już nawet nie winiłbym biednego Nicholasa, który od paru lat nie ma nam aktorsko nic do zaproponowania. Bardziej jednak zawodzi marny scenariusz, którego autorem jest niejaki William M. Finkelstein do tej pory realizujący się tylko w serialach. Gdzieś w tle przewija się śliczna Eva Mendes, kolejny raz grająca maskotkę twardych mężczyzn i podstarzały Val Kilmer.
Widać też, że Herzog próbował siłować się z tym projektem i momentami można dostrzec jego dotknięcie. Tak jest na przykład w scenach nakręconych kamerą video, które przenoszą punkt widzenia na różne zwierzęta, czy to rybki, czy krokodyle. Ale ten zabieg uderza pustką formalną, bo nie widać żadnego uzasadnienia w treści filmu dla takich scen. Może i unaoczniają nam absurd świata ludzi, którzy mogą przerazić bezsensownością i bezmyślnością swoich poczynań. To jednak za mało. Nie sprawdził się również pomysł lekkiego skręcania w kierunku pastiszu. Dziwna to parodia kiedy nie wiemy, czy jakaś scena to nieudolność twórców, czy zamierzona kpina.
Duży plus mogę dać za zdjęcia – chropowate i ciemne. Podkreślają brud i rozkład miasta, dodatkowo sponiewieranego przez żywioł.
W sumie sam jestem sobie winien. Spodziewałem się Bóg wie czego. Oczami wyobraźni widziałem herzogowskiego porucznika jako outsidera, obserwującego społeczeństwo mierzące się z post-katrinowską traumą, który nie potrafi pomóc ludziom, ani samemu sobie. Moje pragnienie zaspokoić muszę serialem "Treme" zrobionym przez guru amerykańskiej telewizji Davida Simona.
Od twórców luizjańskiego "Złego Porucznika" dostałem kolejnego produkcyjniaka z kilkoma scenami naznaczonymi autorską wizją Herzoga. W dodatku wszystko to jest tradycyjnie otoczone pseudofilozoficzną ramką, paroma religijnymi symbolami i prostymi rozwiązaniami w zakończeniu, które rzecz jasna są zjadliwe dla całej rodziny i psa.
Po filmie Ferrary byłem wytrącony z równowagi. Oburzony, sponiewierany, ale również pobudzony do refleksji. Po tym filmie byłem śpiący, bo była już późna godzina.
Może i jestem niesprawiedliwy wobec Wernera Herzoga, że wciąż porównuję jego film z obrazem z 1992 roku, mimo że on sam starał się od tego odciąć. Skoro jednak zgodził się grać w hollywoodzkie karty, to nie może ucieć od błota krytyki, zamulonego i brudnego jak Mississippi.


Na zakończenie anegdotka. We wspomnianej przeze mnie notce prasowej przytoczono też komentarz Abla Ferrary. Narzekał, że dostał mało kasy za całe zamieszanie, a Harvey Keitel nic nie dostał (ale za co miałby dostać?). Potem dodał: "Ed Pressman [producent filmu] sucks cock in hell, period. You can print that." Zwyczajna złość, czy może jednak przewidział, że ten film będzie knotem?


2,9 / 6

piątek, 9 lipca 2010

Accept the mystery
"Poważny człowiek" (2009) reż. Ethan Coen i Joel Coen



Joel i Ethan Coenowie zwolnili nieco tempo po ekstremalnej i wyrywajacej z samozadowolenia ekranizacji powieści Cormac'a McCarthy'ego "To nie jest kraj dla starych ludzi". Wpierw było dosyć lekkie (choć wciąż utrzymujące przyzwoity poziom) "Tajne przez poufne". Trochę zbyt gadżeciarskie i bardziej rechotane niż śmiane, pozostawiło mnie kompletnie obojętnym. Teraz "Poważny człowiek", w którym wielu krytyków podąża tropem autobiograficznym duetu filmowcow z Minnesoty. Odcinam się od tego, gdyż zbyt mało wiemy o dzieciństwie filmowców, żeby bawić się w Junga. Poza tym Coenowie wielokrotnie kpili z faktów i z pełną powagą ściemniali widzom i zblazowanym krytykom. Wielu ludzi do tej pory wierzy, że historia z "Fargo" zdarzyła się naprawdę bo tak im napisano na początku filmu... Skupmy się na filmie w kontekście twórczości bez sprowadzania kina do kozetki.
Pierwsza myśl po projekcji "Poważnego człowieka" to odpowiedź na pytanie: jak wyglądałby amerykański serial "Cudowne lata" gdyby nie opowiadał historii Kevina Arnolda i jego rodziny, a jego kolegi Paula, wraz z całą żydowską familią Pfeifferów. Dlaczego takie skojarzenie? Po pierwsze - lata 60-te, po drugie - żydowska rodzina na amerykańskich przedmieściach, po trzecie - motywy inicjacyjne.
Film skupia się na losach Larry'ego Gopnika i jego rodziny. Larry wykłada fizykę, ma żonę, dwójkę dzieci, jak na porządnego Żyda przystało należy do synagogi, jego syn niedługo będzie miał Bar Micwę, a przy okazji życie zaczyna walić mu się na głowę. Małżenskie status quo zostaje rozbite w pył kiedy żona oświadcza mu, że chce się z nim rozstać (swoją drogą dla potwornego buca). Dzieci rytualnie go olewają, a w pracy ważą się losy jego etatu. W sumie standard, nudna rutyna codzienności, a za tekturową ścianą mała apokalipsa.
W międzyczasie obserwujemy zmagania syna Larry'ego z młodością. Dorośli zawracają mu głowę Bar Micwą nie rozumiejąc, że dla niego jedyną godną uwagi rzeczą jest słuchanie Jefferson Airplane i bycie na haju. W tym miejscu znak stopu. Wszystko to śmieszne, ale uczciwie ostrzegam. Kto nie czuje Coenów i ich poczucia humoru ten i tym razem nie będzie się śmiał.
To, że Michael Stuhlbarg dostał nominację do Oscara za rolę Larry'ego mnie nie dziwi, bo nieprzewidywalnośc decyzji Akademii jest wpisana w jej program. Dziwniejsze jest jednak to, że niektórzy krytycy twierdzą, że Stuhlbarg stworzył świetną kreację... W mojej skali "przeciętna" leży kawał drogi od pozycji "świetna" czy "znakomita". Mowiąc inaczej - nic nadzwyczajnego. Choć znajdę jeden komplement - był irytujący w swojej rozlazłości i bezradności, a to też nie jest łatwe. Pojawia się prastare pytanie czy to ja się mylę, czy cała reszta. Cóż, chyba kwestia gustu. Co ciekawe, po gwiazdorskim "Tajne przez poufne" Bracia przekornie nie zatrudnili żadnego gwiazdora do swojego filmu.
W gruncie rzeczy to co najistotniejsze u Coenów leży schowane pod żartem. Larry wciąż próbuje odnaleźć sens i znaczenie rożnych znaków i symboli. Przytrafiają mu się dziwne zbiegi okoliczności i Larry jest ofiarą własnej bezradności. Rozmowy z różnymi rabinami tylko prowadzą do większej konfuzji. Nikt nie chce dać jednoznacznej odpowiedzi. Ani ludzie, ani Hashem, który twardo milczy. Katastrofa w końcu przychodzi, ale Larry jak zwykle jest zaskoczony.
Coenowie po raz kolejny objaśniają absurd życia w iście egzystencjalnym stylu. Na przykładzie Gopnika pokazują, że człowiek nie jest w stanie zaplanować życia, a tym bardziej go przewidzieć. Albo przyjmiemy je jako zagadkę (przypadek?) albo będziemy się motać i zmienimy w neurotyków. Całe życie narzekamy i oczekujemy najgorszego. Ale w gruncie rzeczy nikt nie potrafi się przygotować na prawdziwą katastrofę. Ona zawsze nas zaskoczy. A te wszystkie symbole, znaki, zagadki? Można zaufać religii, ale i ona opiera sie na tajemnicy i wierze, a nie dowodzie empirycznym.


Jeśli już o zagadkach mowa, to wciąż zachodzę w głowę jak można być w głównym nurcie jak Coenowie i wciąż robić tak bardzo zniuansowane i wbrew pozorom wymagające kino?
W "Poważnym człowieku" również widać, że Coenowie nie odcinają się od swoich korzeni i konsekwentnie pytają o żydowską tożsamość w Ameryce. Cały film przesiąknięty jest żydowskim humorem (jednak innym niż allenowski), nawarstwionymi anegdotami i absurdami. Bardzo istotny jest prolog, z pozoru nie wpasowujący się w historię Larry'ego. To swoista przypowieść o żydowskim małżeństwie na rubieżach Europy sprzed ponad wieku, które ugościło śnieżną nocą rabina-dybuka. Już na wstępie jesteśmy pytani o zacierającą się granicę między racjonalizmem, a irracjonalizmem. Pewnych zagadek nie sposób rozwiaząć i taki jest porządek rzeczy.
Czy to jest najlepszy film Coenów? Jak dla mnie nie.
Czy jest dobry? Zdecydowanie!
Czy następny będzie lepszy? Nie wiem, ale pewnie tak.

4,8 / 6

sobota, 3 kwietnia 2010

"12" (2007) reż. N. Michałkow
Dwunastu różnych ludzi, a wszyscy tacy sami



Gdyby każdy film określany mianem remake’u był robiony z podobną koncepcją co „Dwunastu” Nikity Michałkowa, to prawdopodobnie słowo to straciłoby pejoratywny wydźwięk. Typowy schemat na remake ogranicza się do zmian w dekoracjach i wycięcie co bardziej nieaktualnych fragmentów. Zdarzają się także kuriozalne eksperymenty w stylu „Funny Games U.S.” (Haneke w identyczny sposób nakręcił swój film, tyle że w angielskiej wersji językowej w gwiazdorskiej obsadzie). W takiej oto smutnej dobie „rimejkczyzny” Nikita Michałkow - niekwestionowany car rosyjskiej kinematografii kręci autorską wersję „Dwunastu gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta z 1957 roku. Jak to ma wyglądać? Otóż młody Czeczeniec oskarżony jest o morderstwo swojego ojczyma – rosyjskiego oficera. Już po tym zdaniu mamy uczucie deja vu. Nawet nie musimy oglądać tego filmu, bo wiemy od początku do końca jak będzie wyglądał. Na pewno? Otóż nie. Michałkow nie zawiódł. „Dwunastu” to autorska wizja tamtej historii, twórczo zdekomponowana i broniąca się przed sztampą.
W 1957 roku Sidney Lumet nakręcił film o dwunastu przysięgłych ławnikach, którzy mają zadecydować o winie, bądź niewinności młodego chłopaka oskarżonego o morderstwo swojego ojca. Wszystkie dowody i zeznania świadków wskazują na jego winę i sprawa byłaby przesądzona, gdyby nie jeden ławnik (Henry Fonda), który zasiewa ziarno wątpliwości wśród swoich kolegów. Jeśli ktoś nie zna oryginału Lumeta to zapewne pochłonie go sam proces podważania „bezsprzecznych” dowodów na winę chłopaka. Dla reszty, która zna tę historię co innego będzie ważne. Co nowego daje nam obraz rosyjskiego twórcy? Michałkow precyzyjnie buduje konstrukcję z wszystkich elementów konwencji. Historia w swej budowie identyczna, z odpowiednio zmienionymi realiami i detalami. Zamiast amerykańskiej metropolii – Moskwa. Zamiast dorastającego w slumsach chłopaka z patologicznej rodziny, mamy tutaj młodego Czeczena, który zamieszkał z ojczymem – rosyjskim oficerem Specnazu. Akcenty są położone w tym samym miejscu. Czy należy mieć wątpliwości skoro wszystkie okoliczności i zeznania świadków wskazują na winę chłopaka? Jako ten sprawiedliwy – gwiazda rosyjskiego ekranu – Sergiej Makoviecky. Pozostali ławnicy – charakterystyczni aktorzy z reżyserem na czele. Dokonanie Michałkowa można porównać z zabawą małego dziecka, które z pietyzmem układa budowlę z klocków . Układa je z rzemieślniczą wprawą i zaangażowaniem, po to by na samym końcu kopnąć w nie i patrzeć jak rozlatują się po dywanie.
Pod maską dystansu i cynizmu dostrzegamy w każdym z tytułowych dwunastu człowieka. Z ich problemami, bagażem doświadczeń i wewnętrznymi traumami. Widz jest na przemian przyciągany i odpychany. Raz wierzy w niewinność Czeczena, a chwilę potem odczuwa wstręt do rzekomo popełnionej przez niego zbrodni. Poznajemy racje każdego z głosujących i dzięki doskonałej reżyserii te wszystkie poglądy wygłaszane przez bohaterów nie nudzą, a wręcz wciągają swoją anegdotycznością i celnymi pointami. W gruncie rzeczy (paradoksalnie) wszyscy ławnicy są do siebie podobni. Pomimo różnic, żaden z nich nie jest monolitem, każdy się waha. Łatwo dać się uwieść stylowi Michałkowa, który wraca do swoich ulubionych motywów. Impresjonistyczne retrospekcje pokazują los chłopaka na kaukaskiej wsi, zanim przyszła wojna. Są tu też bohaterowie z tajemnicą, tak lubiani przez autora „Spalonych słońcem”. Postacie, które w pewnym momencie zrzucają powierzchowną maskę. Jest także powracający w większości filmów Michałkowa motyw tańca. Rytuał, który na moment wprowadza równowagę w świecie. Taniec, który porywa i na moment pozwala oderwać się od moralnych dylematów, od dobra i zła. Jest to moment, który zwiastuje koniec spokoju i nadejście chaosu. Dla wielbicieli twórczości Rosjanina znajdzie się wiele takich momentów. Bardziej sceptyczny obserwator jednak pomyśli sobie: No i czym ty chcesz mnie zadziwić, przecież ja to znam… Tymczasem, jak już wspomniałem, kiedy układanka jest kompletna - Michałkow z radością obraca ją w gruzy i wytrąca ze spokojnej równowagi widza, któremu zdaje się, że zna zakończenie.
Niestety są też rzeczy, które trzeba wytknąć. Może gdyby gdzieniegdzie zamiast monologu zapadła cisza? Albo gdyby reżyser nie dopowiadał i nie silił się na happy end, czułbym się syty. Dlaczego zakończył tak bardzo dydaktycznie? Być może chciał w ten sposób uzasadnić swoją działalność publiczną. Jak powszechnie wiadomo, Nikita Michałkow we współczesnej Rosji nie jest tylko artystą. Utrzymuje bliskie kontakty z politykami i praktycznie rządzi całą rosyjską kinematografią. W ubiegłych latach pojawiały się nawet plotki, że szykuje się do startu w wyborach prezydenckich. Tylko pojawia się pytanie. Czy oczekujemy polityki od artysty?


Autor „Cyrulika Syberyjskiego” pokazuje przez ostatnie minuty, że cała ciężko wypracowana – tak zwana prawda, to tylko mrzonka. Pokazuje, że wyrok uniewinniający jest taką samą bujdą jak początkowe przekonanie o winie Czeczena. Sprawiedliwość i prawda nikogo nie ocalą jeśli wzorem pozytywistów - aktywnie nie zajmiemy się pracą u podstaw, poświęcając swój czas i środki. Michałkow nie zwala winy na abstrakcyjny „system” (ulubiony wytrych sztuki zaangażowanej). Zwala winę na każdego z osobna. Doskonale rozprawił się z postacią, ławnika, którego w amerykańskiej wersji zagrał Henry Fonda. Ze smutnym uśmiechem patrzyłem jak tenże jąka się w tłumaczeniach, dlaczego nie może (a może nie chce?) wziąć na siebie odpowiedzialności za los chłopaka. Przyznam, że demitologizująca skłonność Michałkowa jest dla mnie jak powiew świeżego powietrza. A to dlatego, że dość krytycznie oceniam oryginał Lumeta. Choć cenię autora „Serpico” i „Pieskiego popołudnia”, to uważam, że film „Dwunastu gniewnych ludzi” mocno się zestarzał i trąci naiwnością. Niezłomnie poszukujący prawdy Przysięgły nr 8 (Henry Fonda) i wykalkulowana konstrukcja filmu, sprawiają, że obraz jest chłodny i nie angażuje emocjonalnie. Jednym zdaniem film pachnie podręcznikiem otwartym na rozdziale „Jak zrobić film o sprawiedliwości, który przejdzie do klasyki”. Michałkow przeskakuje te przeszkody, choć nie potrafi się powstrzymać przed ideologicznym znachorstwem. O doskonałości nie tylko jego reżyserskiej, ale i aktorskiej techniki świadczy scena w której jego postać, w ciągu paru chwil zmienia się ze spokojnego starszego pana w swetrze, w kogoś zupełnie innego. Niestety mówi też o parę zdań za dużo. Tak dzieje się w ostatniej scenie. Postać grana przez Makowieckiego wypuszcza na wolność ptaka zamkniętego (czy może raczej schronionego) w szkolnej sali gimnastycznej. Na zewnątrz jest śnieżyca. Każdy się domyśla, że choć ptak uzyska wolność, to będzie mu trudno przetrwać w takich warunkach. Dla niektórych świetna symboliczna scena, dla innych zbyt banalna. Nie chcę rozstrzygać tej kwestii choć od moich ulubieńców zawsze wymagam więcej. Film i tak się broni, ale mógł być bardziej przenikliwy i celny. Czasami mniej znaczy więcej. Nikita Michałkow chciał być jednocześnie artystą i nauczycielem. Ja wolę artystę, choć jego nauki też wysłucham.


4,8 / 6

środa, 17 marca 2010

"The Hurt Locker - W pułapce wojny" (2009), reż. Kathryn Bigelow . W pułapce nagród


Czy można krytykować film, który zdobył największe tegoroczne laury filmowe? A może tym bardziej trzeba szukać dziury w całym? Trudno nie zatracić perspektywy przy takiej masie nagród jaką zdobył film Kathryn Bigelow. Jaki to jest film? Mówi się, że skromny, bliższy amerykańskiemu kinu niezależnemu spod znaku festiwalu w Sundance. To prawda. Choć dla polskiego widza słowo "skromny" może się wydać nie na miejscu, bo czy u nas takie filmy wojenne powstają? Oczywiście, że nie. Nikt nie chce wyłożyć takich pieniędzy. Zatem określenie "niskobudżetowy" należy odnieść do Hollywood i potężnych studiów filmowych.
Idąc za ciosem zweryfikujmy określenie "kino niezależne". Tu można się zgodzić. Ani reżyserka nie jest etatową rzemieślniczką na usługach wszechmocnych producentów, ani grający w filmie aktorzy nie brylują na ekranach obok Brada, Keanu i Angeliny. Wcześniej kojarzyłem tylko Jeremego Rennera, którego polski widz mógł zobaczyć w niszowym "12 lat i koniec", który jest podręcznikowym przykładem amerykańskiego kina niezależnego. Nie będę ukrywał, że z niecierpliwością czekałem na role Guya Pearce’a i Ralpha Fiennes’a – najbardziej znanych nazwisk z czołówki (wydało się – jestem skrytym fanem mainstreamu). Tymczasem spotkała mnie niespodzianka. Zdradzę, że ci aktorzy występują na ekranie może przez piętnaście minut razem wzięci.

Zaczyna się klasycznie. Dotychczasowy przywódca oddziału saperów ginie w czasie akcji. Na jego miejsce przyjeżdża nowy oficer. Już na początku wychodzi na jaw, że świeżo upieczony dowódca - sierżant Will za nic ma swoje życie, a przy tym życie swoich podwładnych. Świadomie naraża oddział i komplikuje akcje w brawurowy sposób igrając ze śmiercią. Co nim kieruje? Ciężko powiedzieć, tak samo jak w przypadku alkoholika, narkomana, czy innego rodzaju uzależnienia. Willowi chodzi o adrenalinę i dreszcz podniecenia kiedy trzyma w rękach bombę, która w każdej chwili może wybuchnąć.
Kluczowa do zrozumienia postaci Willa jest dłużąca się scena w barakach, w czasie wieczornej popijawy wypełnionej żołnierskimi "zabawami". Kiedy Will i Sanborn (Anthony Mackie) grają w zabawę polegającą na wymianie jak najsilniejszych ciosów (jednym słowem, kto komu mocniej jebnie z piąchy), zauważamy że Will nie potrafi wyznaczyć granic. Parokrotnie przekracza granicę i dystans nie potrafiąc ich sobie narzucić. Nie wie kiedy kończy się zabawa, a kiedy rani kogoś fizycznie i psychicznie. Bawi się jak niesforny szczeniak, tymczasem w Sanbornie narasta gniew i agresja. Wiemy zatem, że nie jest do końca świadom własnej inności. Zatracił granicę między grą, a rzeczywistością.
Druga scena, może nawet bardziej istotna dla znalezienia klucza, przedstawia młodego żołnierza – Owena, który po służbie gra w jednostce na konsoli w jakąś strzelaninę. Owen jest najbardziej wrażliwym chłopakiem z trójki wiodących postaci i najciężej przeżywa doświadczenia z ulic zrujnowanego Bagdadu. Moment, w którym odpoczywa bezmyślnie strzelając do przeciwników na ekranie jest jak cios między oczy. Godzi w powszechny pogląd (który ja także częściowo podzielam), że przemoc wśród młodzieży bierze się z gier video i filmów Tarantino. Kathryn Bigelow przeczy temu i pokazuje, że Owen - chłopak wychowany na grach wideo, mtv i kinie lat 90tych, dostrzega granicę, których jego starszy kolega nie widzi. Można zatem powiedzieć, że to nie popkultura zobojętniają nas na horror, który oglądamy w transmisjach z Iraku. Wręcz przeciwnie. To wojna nas deprawuje, a popkulturowe kubły krwi są ucieczką, swoistą terapią na przemoc. Prawdziwa przemoc nas degeneruje i znieczula, a ta w grach i filmach pozwala wyznaczyć granicę między prawdą, a fikcją. Wiem, że dla niektórych to skojarzenie może być zbyt hermetyczne, ale potwierdza ono tylko bardzo mocno starty wytrych recenzentów, że nowy film amerykanki to kino "na wskroś antywojenne". Rzeczywiście. Nie gloryfikuje żołnierzy. Może są odważni, ale co z tego skoro widzimy, że ryzykują bezcelowo.

Aktorsko film jest nierówny. Nieprzekonujący w swej brawurze Jeremy Renner nie pokazuje rewersu swej odwagi. Bardzo dobrze za to wypadł Anthony Mackie (sierżant Sanborn), który razem z Brianem Geraghty’m (wciela się w Owena) stworzyli wyraziste i kompletne postacie drugoplanowe. Wspomniałem o dwóch znanych nazwiskach. Nie przeszkadza mi krótkość występu Fiennes’a i Pearce’a, lecz to co dostali do zagrania. Nie od dziś wiemy, że nawet z najmniejszego epizodu można zrobić perełkę, pod warunkiem, że aktor ma dobrze napisaną rolę. Tymczasem jest po prostu bezbarwnie. Domyślić się można, że Fiennes zagrał po koleżeńsku (z Bigelow kręcił "Dziwne Dni") ale poza nazwiskiem na plakacie, twórcy nie wykorzystali potencjału ani jego, ani australijczyka Pearce’a, który stworzył niezapomniane kreacje w "Memento" i "Propozycji".
Zaskoczenie budzą kontrowersję, które pojawiły się ostatnio wokół filmu. Otóż jeden z żołnierzy, którym autor scenariusza - Mark Boal towarzyszył w Iraku, wytoczył mu sprawę sądową o rzekome bezprawne wykorzystanie historii jego życia do filmu. Wyrok zostawmy sędziemu, a zostańmy przy pracy Boala. Dziwi mnie otrzymany przez niego Oscar, gdyż jest to najsłabszy element filmu. Postacie są jednowymiarowe, dialogi są zbyt ilustracyjne, a całość momentami zahacza o mielizny schematów kina wojennego. Drażni nachalna dosłowność wygłaszanego przez bohatera komentarza z offu. Psuje to jedną z najlepszych scen filmu, gdy Will po powrocie do domu robi zakupy w markecie. Żona mówi : Idź, kup płatki. Zatrzymuje się bezradnie przed kilkunastometrową półką z różnymi rodzajami płatków śniadaniowych i bezsilnie rozkłada ręce. Wspomniany komentarz z offu wnosi tylko zbędny patos. Podobnie jak wyrzut Owena skierowany na pożegnanie do swojego dowódcy. W kilkanaście sekund jedna z drugoplanowych postaci wykrzykuje to co jest istotą filmu, a co powinno dojrzewać między kadrami przez całą projekcję.

Wśród filmów i serialów o wojnie w Iraku "The Hurt Locker" plasuje się w tyle za ciekawszym "Jarheadem" Sama Mendesa i niżej niż świetny mini serial HBO "Generation Kill". Nie jest to film słaby, ale również nie jest wybitny. Brakuje tu przenikliwości spojrzenia i wiarygodnych portretów. Wierzę, że najlepszy film o Iraku wciąż przed nami, także tu w Polsce. A jak wytłumaczyć te wszystkie nagrody? No cóż. U nas sezon filmowy wyśmienity, za oceanem słaby. Już nie wspomnę o fałszywym proroku kina, czyli o Jamesie Cameronie i jego "Avatarze", którego nie jestem w stanie uznać za pełnoprawne dzieło filmowe. Obraz Bigelow jest dobry i broni się złowieszczą pointa, że nie ma powrotu do normalnego życia po doświadczeniach wojny. Bo czyż może być coś bardziej beznadziejnego dla współczesnego żołnierza niż zamiana humvee i karabinu na wózek z zakupami?

4,3 / 6