sobota, 31 października 2009

„Zero” (2009) reż. Paweł Borowski



Zatłoczone miasto. Ruch na ulicach. Mężczyzna w biurowcu odbiera telefon. Potwierdza zlecenie. Chce się dowiedzieć, czy żona go zdradza. Tak się to wszystko zaczyna.
Już na samym początku dostajemy wskazówkę od reżysera. Pomimo tego, że akcja toczy się w Warszawie, wszystkie samochody mają rejestrację DOE. Co to oznacza? Doe po angielsku to określenie osoby anonimowej, bez tożsamości. Rozumiemy, że nie konkretne nazwy i imiona będą ważne w filmie. I tak jest. Kamera nie przywiązuje się do żadnego z bohaterów. Obserwujemy jedną postać, by po chwili podejrzeć następną, która na przykład, minęła tę pierwszą na klatce schodowej.
Motyw mozaikowości i wielowątkowości wielokrotnie był w filmie wykorzystywany. Można wspomnieć twórczość Roberta Altmana, czy nowsze filmy, choćby „Magnolię” Andersona, „Miasto Gniewu” Haggisa, czy Trylogia Inarritu i jego scenarzysty Arriagi („Amores Perros”, „21 gram” i „Babel”). W polskim kinie ta forma przywodzi mi na myśl jedynie „Gorączkę” Agnieszki Holland z 1980 roku, gdzie kamera śledziła kolejno osoby, wchodzące w posiadanie bomby. Mimo to wtórność formy jest ostatnią rzeczą jaką mogę zarzucić Borowskiemu. Żaden z wymienionych wyżej twórców nie był tak konsekwentny w swym pomyśle jak Polak. Losy bohaterów przeplatają się ze sobą i krzyżują tak jak na doskonałym plakacie (z którego ostatecznie dystrybutor się wycofał zmieniając go na prostszy) gdzie nazwiska aktorów są ułożone w krzyżówkę. Cała ta układanka ma sensowny początek i w w miarę sensowne rozwiązanie.
Plejada polskich aktorów gra everymanów zagubionych pośród codzienności. Nie ma tu pierwszoplanowych ról i tym lepiej, bo wszyscy aktorzy dali z siebie maksimum. Wkurza to, że niektórzy zostali obsadzeni aż do bólu schematycznie (mam na myśli Mariana Dziędziela, grającego dziadowatego taksówkarza, czy Andrzeja Masztalerza jako ubogiego ojca chorego dziecka. Obydwaj zagrali zresztą świetnie). Dla równowagi jednak Robert Więckiewicz zagrał nudnego biznesmena (o dziwo nie alkoholika, ani nie gangstera) a Cezary Kosiński łajdaczącego się pracownika korporacji, wiecznie na bani lub na kacu, który nie bardzo ma ochotę wracać do domu.
Najciekawszy jest jednak motyw tej krzyżówki. To jak nasze życie przeplata się z losami ludzi, których nawet nie znamy. Jak w jednym mieście losy ludzkie ściśle są ze sobą splecione, mimo iż wydajemy się żyć od siebie kompletnie odizolowani. Jesteśmy pewni, że zdołaliśmy się zamknąć w bańce, która nas chroni i jednocześnie izoluje. To nasza obrona na wyrzuty sumienia i brud tego świata. Borowski tę bańkę przekłuwa i pokazuje, że to iluzja. Nie da się odciąć od świata zewnętrznego, bo to my go tworzymy. I jak bardzo byśmy tego nie chcieli, to nasze decyzję i tak będą ciążyć na innych.
Jest oczywiście parę zarzutów, bo nie może być tak, że debiut, a od razu arcydzieło. No bo jak? Świat by się zawalił przecież. Tak dobrze to nie ma!
Jednym, może mało istotnym, jest zbytnia sterylność otoczenia. Zdjęcia i scenografia są tak plastyczne, że nawet syfna taksówka, czy robur rodzimych „prywatnych detektywów”, zdają się być… ładne. To trochę bije po oczach. No bo jak syf, to syf, a nie ładny syf. Poza tym mieszkania ludzi w średnim wieku miały przerażające wnętrza (te meble z IKEI…) ale to już raczej nie zarzut do twórcy tylko do rzeczywistości i trendów wprowadzanych przez dekoratorów wnętrz.
Poważniejszym zarzutem jest jednak delikatny banał całej tej historii. Bo poza doskonałą formą z czym zostajemy po seansie? Z przemyśleniami w stylu: My, tu wszyscy żyjemy w jednym mieście. Młodzi, starzy, biedni, bogaci, piękni, brzydcy. Alfonsi mijają kochających mężów, a wierne żony siadają w autobusie obok prostytutek. Jednym się wiedzie, innym nie. Jednym się uda, drudzy przegrają. Ślepy los rozdaje karty, blablabla. Z drugiej strony, wciąż się łamię i nie jestem konsekwentny. Bo scenariusz jest naprawdę niezły i tylko chwilami niebezpiecznie zbliża się do mielizny. Mam wrażenie, że brakuje nawiasu spajającego całość filmu. Niewystarczającą odpowiedzią jest decyzja bohatera granego przez Więckiewicza, a już na pewno nie może być koperta z 7 tysiącami złotych. To jest chyba najsłabszy moment filmu, który spowodował to małe „ale” w mojej recenzji. Takie rozwiązania są zbyt proste w filmie, który przez cały czas jest utrzymany w realistycznej konwencji.
To by było na tyle jeśli chodzi o wady. Dobrą stroną są za to dialogi. Każdy mówi swoim, pasującym do jego postaci językiem, który jest odzwierciedleniem, tego co słyszymy na ulicach, w sklepach, w pracy. Poza tym sporo tu humoru sytuacyjnego, czasami bardzo czarnego, jak dramatyczny koniec przygody w klubie z obcym facetem w jego domu lub chłopak szukający w pisuarze pierścionka zaręczynowego dla dziewczyny, który na dodatek ukradł swojej podstarzałej klientce seksualnej…
Od strony technicznej film jest perełką. Świetne zdjęcia, montaż, współgrająca z całością sugestywna muzyka, a do tego pierwszorzędne aktorstwo. Film jest niezwykle atrakcyjny wizualnie, intryguje od pierwszych scen. Co prawda w połowie tempo akcji na moment siada (przyznam, że zacząłem myśleć wtedy myśleć nad recenzją), ale na pewno nie ma tu nudy. Tak oryginalny i technicznie dopracowany film jest u nas rzadkością i już z tej przyczyny należy się szacunek twórcom. A to przecież dopiero debiut!
Można się dłużej rozpisywać i to dobry znak, bo film jest ciekawy. A to chyba najważniejsze. Doskonale się go ogląda, sprawia widzowi frajdę, a drobne mielizny scenariusza przykrywa świetne aktorstwo i krwiste postacie. Czekam niecierpliwie na kolejny film Pawła Borowskiego, w międzyczasie łapiąc się za głowę, czemu to „Galerianki” dostały nagrodę w Gdyni za debiut filmowy, a nie „Zero”.

4.7 / 6

piątek, 30 października 2009

"Wszystko co kocham" (2009) reż. Jacek Borcuch


Długo musieliśmy czekać na nowy film Jacka Borcucha. 5 lat minęło od „Tulipanów, które mimo dużego sukcesu artystycznego nie przyciągnęły publiczności do kin. Reżyser i aktor znany głównie z roli w "Długu" Krauzego po raz kolejny udowodnił, że warto na niego obstawiać. Facet po prostu jest zdolny i czuje kino.
Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że to kolejny film o "Solidarności". Pozory jednak mylą. "Solidarność" bowiem jest tu tylko elementem rzeczywistości lat osiemdziesiątych, które sportretował reżyser. Nasuwa się więc fundamentalne pytanie. O czym więc jest ten film? Odpowiedź jest banalna. O młodości.
Janek i jego koledzy właśnie zdali do klasy maturalnej. Jest lato 1981 roku. Akcja rozgrywa się na Wybrzeżu. Po raz pierwszy chyba Pomorze zostało sfotografowane z taką zmysłowością. Wśród szumu trzcin na wydmach czujemy zapach jodu i suchy piasek między palcami u nóg, a w portach intensywny zapach ryb dobiegający z kutrów i mocną woń topionego metalu ze stoczni.
Janek z kolegami mają punkrockową kapelę. WCK (rozwinięcie w tytule) to nazwa ich grupy. Nagrywają demo na konkurs, a nagrodą jest występ na festiwalu muzycznym. Niecierpliwie wyczekują listu z odpowiedzią...
Na dodatek Janek jest zakochany w Basi. Ona jest córką działacza "Solidarności", on synem oficera Marynarki Wojennej (w tej roli świetny Andrzej Chyra, a swoją drogą widział ktoś jego słaby występ?).
Przychodzi 13 grudnia i Stan Wojenny. Wtedy wszystko zaczyna się komplikować w życiu bohaterów.
Historia na pozór jest prosta. Jednak film wciąga i nie przeszkadza, że chwilami jest przewidywalny. Poprzez losy nastolatków Borcuch portretuje całe społeczeństwo w momencie przełomowym dla kraju. A na dodatek wszystko to jest podane w bardzo znośnej formie, bez patosu i łez.
Na początku lat osiemdziesiątych punk w Polsce był najlepszym środkiem wyrazu dla buntu i niezgody na siermiężną rzeczywistość. Granie muzyki jest dla Janka i jego kolegów czymś więcej niż realizacja twórczych potrzeb, lansem, czy dobrym motywem na podryw. Dla nich punk jest czymś szczerym i pozbawionym fałszu. Jest definicją wolności.
W tle pobrzmiewają punkowe klasyki Dezertera, co doskonale koresponduje z filmową akcją, a utwory skomponowane na potrzeby filmu (te które gra WCK) nie rażą banałem i infantylnością, czego się niesłusznie obawiałem. Dla kogoś kto choć przez moment romansował z punkiem w młodości, będzie to fascynujący powrót do tamtego klimatu. Dla pozostałych ciekawe wejście w nieznany, bądź też niepojęty świat, w którym na piedestale stawia się energię i rozpierduchę.
Najbardziej ujęło mnie w filmie Borcucha, to że młodzi są „normalni”. Chcą kochać, grać muzykę, śpiewać to co myślą i czują, chodzić gdzie chcą i spotykać z kim chcą. Polityka, która ciężkimi żołnierskimi trepami włazi w ich życie, burzy te młodzieńcze pragnienia. Narastają antagonizmy między ludźmi. Młodzi bądź co bądź zmuszeni są szybciej dorosnąć. Na szczęście Borcuch nie zagłębia się w temat polityki i trzeba przyznać, że traktuje go uczciwie bez ambicji rozliczania się z historią. Dobrze oddaje to scena gdy młodziutki poborowy pyta Janka z wyrzutem, że ten pali "Ile ty masz lat?!", ten odpowiada mu; "A ty, ile masz?". Takich momentów jest więcej, chociażby sceny na wsi albo rozmowy ojca Janka z żoną.
Ponad ważnymi dla kraju zdarzeniami na pierwszy plan wychodzi zwykłe życie. Małe i większe radości oraz troski. Babcia Janka umiera, kończy się szkoła, a na plaży sąsiadka Janka opala się topless (w tej barwnej roli Katarzyna Herman).
Nic tu nie jest przesłodzone. Nie ma wyraźnych happy endów, jest też sporo goryczy. Tak jak w życiu. Po każdej porażce i kryzysie trzeba wstać rano i od nowa próbować żyć normalnie. Czasami w tej całej celebracji lat osiemdziesiątych zapomina się o codziennym życiu. Ten film nam przypomina, że między strajkami i manifestacjami ludzie spotykali się, słuchali muzyki, czy nawet (o zgrozo) chodzili na plaże.
To co odróżnia film Borcucha od innych obrazów o podobnej tematyce ("Jutro pójdziemy do kina" Kwiecińskiego, czy "Kronika wypadków miłosnych" Wajdy) jest szczerość z jaką sportretowano młodzież. Nie są to karykatury tak jak Witek z filmu Wajdy. Bywają wulgarni, popalają fajki i głośno żartują o seksie. Nie przekonało mnie trio Wesołowski – Damięcki - Pawlicki z "Jutro pójdziemy do kina". Brakowało młodzieńczej pasji i energii. Film Borcucha aż tryska młodością.
Lekko wyblakłe kolory zdjęć sprawiają wrażenie jakbyśmy oglądali fotografie z tamtych lat. To wszystko razem skutkuje autentycznością co nie mogłoby się udać bez wspaniałej gry młodych aktorów. Z niecierpliwością czekam na następne role Olgi Frycz (grającej Basię) i Mateusza Kościukiewicza, który wciela się w głównego bohatera.
Na festiwalu w Gdyni publiczność przyjęła film gorącymi oklaskami (Złoty Klakier za najdłużej oklaskiwany film) i oby tak samo było w zwykłych kinach. Trzymajmy kciuki za "Wszystko co kocham" bo to doskonałe kino, które odmładza i inspiruje. Jacek Borcuch w wywiadach mówił, że scenariusz częściowo oparł na własnych doświadczeniach. I to widać. Z ekranu bije szczerość i tęsknota za młodością, niezależnie od tego, w jakich czasach przyszło nam dojrzewać.

4.8 / 6