piątek, 9 lipca 2010

Accept the mystery
"Poważny człowiek" (2009) reż. Ethan Coen i Joel Coen



Joel i Ethan Coenowie zwolnili nieco tempo po ekstremalnej i wyrywajacej z samozadowolenia ekranizacji powieści Cormac'a McCarthy'ego "To nie jest kraj dla starych ludzi". Wpierw było dosyć lekkie (choć wciąż utrzymujące przyzwoity poziom) "Tajne przez poufne". Trochę zbyt gadżeciarskie i bardziej rechotane niż śmiane, pozostawiło mnie kompletnie obojętnym. Teraz "Poważny człowiek", w którym wielu krytyków podąża tropem autobiograficznym duetu filmowcow z Minnesoty. Odcinam się od tego, gdyż zbyt mało wiemy o dzieciństwie filmowców, żeby bawić się w Junga. Poza tym Coenowie wielokrotnie kpili z faktów i z pełną powagą ściemniali widzom i zblazowanym krytykom. Wielu ludzi do tej pory wierzy, że historia z "Fargo" zdarzyła się naprawdę bo tak im napisano na początku filmu... Skupmy się na filmie w kontekście twórczości bez sprowadzania kina do kozetki.
Pierwsza myśl po projekcji "Poważnego człowieka" to odpowiedź na pytanie: jak wyglądałby amerykański serial "Cudowne lata" gdyby nie opowiadał historii Kevina Arnolda i jego rodziny, a jego kolegi Paula, wraz z całą żydowską familią Pfeifferów. Dlaczego takie skojarzenie? Po pierwsze - lata 60-te, po drugie - żydowska rodzina na amerykańskich przedmieściach, po trzecie - motywy inicjacyjne.
Film skupia się na losach Larry'ego Gopnika i jego rodziny. Larry wykłada fizykę, ma żonę, dwójkę dzieci, jak na porządnego Żyda przystało należy do synagogi, jego syn niedługo będzie miał Bar Micwę, a przy okazji życie zaczyna walić mu się na głowę. Małżenskie status quo zostaje rozbite w pył kiedy żona oświadcza mu, że chce się z nim rozstać (swoją drogą dla potwornego buca). Dzieci rytualnie go olewają, a w pracy ważą się losy jego etatu. W sumie standard, nudna rutyna codzienności, a za tekturową ścianą mała apokalipsa.
W międzyczasie obserwujemy zmagania syna Larry'ego z młodością. Dorośli zawracają mu głowę Bar Micwą nie rozumiejąc, że dla niego jedyną godną uwagi rzeczą jest słuchanie Jefferson Airplane i bycie na haju. W tym miejscu znak stopu. Wszystko to śmieszne, ale uczciwie ostrzegam. Kto nie czuje Coenów i ich poczucia humoru ten i tym razem nie będzie się śmiał.
To, że Michael Stuhlbarg dostał nominację do Oscara za rolę Larry'ego mnie nie dziwi, bo nieprzewidywalnośc decyzji Akademii jest wpisana w jej program. Dziwniejsze jest jednak to, że niektórzy krytycy twierdzą, że Stuhlbarg stworzył świetną kreację... W mojej skali "przeciętna" leży kawał drogi od pozycji "świetna" czy "znakomita". Mowiąc inaczej - nic nadzwyczajnego. Choć znajdę jeden komplement - był irytujący w swojej rozlazłości i bezradności, a to też nie jest łatwe. Pojawia się prastare pytanie czy to ja się mylę, czy cała reszta. Cóż, chyba kwestia gustu. Co ciekawe, po gwiazdorskim "Tajne przez poufne" Bracia przekornie nie zatrudnili żadnego gwiazdora do swojego filmu.
W gruncie rzeczy to co najistotniejsze u Coenów leży schowane pod żartem. Larry wciąż próbuje odnaleźć sens i znaczenie rożnych znaków i symboli. Przytrafiają mu się dziwne zbiegi okoliczności i Larry jest ofiarą własnej bezradności. Rozmowy z różnymi rabinami tylko prowadzą do większej konfuzji. Nikt nie chce dać jednoznacznej odpowiedzi. Ani ludzie, ani Hashem, który twardo milczy. Katastrofa w końcu przychodzi, ale Larry jak zwykle jest zaskoczony.
Coenowie po raz kolejny objaśniają absurd życia w iście egzystencjalnym stylu. Na przykładzie Gopnika pokazują, że człowiek nie jest w stanie zaplanować życia, a tym bardziej go przewidzieć. Albo przyjmiemy je jako zagadkę (przypadek?) albo będziemy się motać i zmienimy w neurotyków. Całe życie narzekamy i oczekujemy najgorszego. Ale w gruncie rzeczy nikt nie potrafi się przygotować na prawdziwą katastrofę. Ona zawsze nas zaskoczy. A te wszystkie symbole, znaki, zagadki? Można zaufać religii, ale i ona opiera sie na tajemnicy i wierze, a nie dowodzie empirycznym.


Jeśli już o zagadkach mowa, to wciąż zachodzę w głowę jak można być w głównym nurcie jak Coenowie i wciąż robić tak bardzo zniuansowane i wbrew pozorom wymagające kino?
W "Poważnym człowieku" również widać, że Coenowie nie odcinają się od swoich korzeni i konsekwentnie pytają o żydowską tożsamość w Ameryce. Cały film przesiąknięty jest żydowskim humorem (jednak innym niż allenowski), nawarstwionymi anegdotami i absurdami. Bardzo istotny jest prolog, z pozoru nie wpasowujący się w historię Larry'ego. To swoista przypowieść o żydowskim małżeństwie na rubieżach Europy sprzed ponad wieku, które ugościło śnieżną nocą rabina-dybuka. Już na wstępie jesteśmy pytani o zacierającą się granicę między racjonalizmem, a irracjonalizmem. Pewnych zagadek nie sposób rozwiaząć i taki jest porządek rzeczy.
Czy to jest najlepszy film Coenów? Jak dla mnie nie.
Czy jest dobry? Zdecydowanie!
Czy następny będzie lepszy? Nie wiem, ale pewnie tak.

4,8 / 6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz