
Czy można krytykować film, który zdobył największe tegoroczne laury filmowe? A może tym bardziej trzeba szukać dziury w całym? Trudno nie zatracić perspektywy przy takiej masie nagród jaką zdobył film Kathryn Bigelow. Jaki to jest film? Mówi się, że skromny, bliższy amerykańskiemu kinu niezależnemu spod znaku festiwalu w Sundance. To prawda. Choć dla polskiego widza słowo "skromny" może się wydać nie na miejscu, bo czy u nas takie filmy wojenne powstają? Oczywiście, że nie. Nikt nie chce wyłożyć takich pieniędzy. Zatem określenie "niskobudżetowy" należy odnieść do Hollywood i potężnych studiów filmowych.
Idąc za ciosem zweryfikujmy określenie "kino niezależne". Tu można się zgodzić. Ani reżyserka nie jest etatową rzemieślniczką na usługach wszechmocnych producentów, ani grający w filmie aktorzy nie brylują na ekranach obok Brada, Keanu i Angeliny. Wcześniej kojarzyłem tylko Jeremego Rennera, którego polski widz mógł zobaczyć w niszowym "12 lat i koniec", który jest podręcznikowym przykładem amerykańskiego kina niezależnego. Nie będę ukrywał, że z niecierpliwością czekałem na role Guya Pearce’a i Ralpha Fiennes’a – najbardziej znanych nazwisk z czołówki (wydało się – jestem skrytym fanem mainstreamu). Tymczasem spotkała mnie niespodzianka. Zdradzę, że ci aktorzy występują na ekranie może przez piętnaście minut razem wzięci.
Zaczyna się klasycznie. Dotychczasowy przywódca oddziału saperów ginie w czasie akcji. Na jego miejsce przyjeżdża nowy oficer. Już na początku wychodzi na jaw, że świeżo upieczony dowódca - sierżant Will za nic ma swoje życie, a przy tym życie swoich podwładnych. Świadomie naraża oddział i komplikuje akcje w brawurowy sposób igrając ze śmiercią. Co nim kieruje? Ciężko powiedzieć, tak samo jak w przypadku alkoholika, narkomana, czy innego rodzaju uzależnienia. Willowi chodzi o adrenalinę i dreszcz podniecenia kiedy trzyma w rękach bombę, która w każdej chwili może wybuchnąć.
Kluczowa do zrozumienia postaci Willa jest dłużąca się scena w barakach, w czasie wieczornej popijawy wypełnionej żołnierskimi "zabawami". Kiedy Will i Sanborn (Anthony Mackie) grają w zabawę polegającą na wymianie jak najsilniejszych ciosów (jednym słowem, kto komu mocniej jebnie z piąchy), zauważamy że Will nie potrafi wyznaczyć granic. Parokrotnie przekracza granicę i dystans nie potrafiąc ich sobie narzucić. Nie wie kiedy kończy się zabawa, a kiedy rani kogoś fizycznie i psychicznie. Bawi się jak niesforny szczeniak, tymczasem w Sanbornie narasta gniew i agresja. Wiemy zatem, że nie jest do końca świadom własnej inności. Zatracił granicę między grą, a rzeczywistością.
Druga scena, może nawet bardziej istotna dla znalezienia klucza, przedstawia młodego żołnierza – Owena, który po służbie gra w jednostce na konsoli w jakąś strzelaninę. Owen jest najbardziej wrażliwym chłopakiem z trójki wiodących postaci i najciężej przeżywa doświadczenia z ulic zrujnowanego Bagdadu. Moment, w którym odpoczywa bezmyślnie strzelając do przeciwników na ekranie jest jak cios między oczy. Godzi w powszechny pogląd (który ja także częściowo podzielam), że przemoc wśród młodzieży bierze się z gier video i filmów Tarantino. Kathryn Bigelow przeczy temu i pokazuje, że Owen - chłopak wychowany na grach wideo, mtv i kinie lat 90tych, dostrzega granicę, których jego starszy kolega nie widzi. Można zatem powiedzieć, że to nie popkultura zobojętniają nas na horror, który oglądamy w transmisjach z Iraku. Wręcz przeciwnie. To wojna nas deprawuje, a popkulturowe kubły krwi są ucieczką, swoistą terapią na przemoc. Prawdziwa przemoc nas degeneruje i znieczula, a ta w grach i filmach pozwala wyznaczyć granicę między prawdą, a fikcją. Wiem, że dla niektórych to skojarzenie może być zbyt hermetyczne, ale potwierdza ono tylko bardzo mocno starty wytrych recenzentów, że nowy film amerykanki to kino "na wskroś antywojenne". Rzeczywiście. Nie gloryfikuje żołnierzy. Może są odważni, ale co z tego skoro widzimy, że ryzykują bezcelowo.
Aktorsko film jest nierówny. Nieprzekonujący w swej brawurze Jeremy Renner nie pokazuje rewersu swej odwagi. Bardzo dobrze za to wypadł Anthony Mackie (sierżant Sanborn), który razem z Brianem Geraghty’m (wciela się w Owena) stworzyli wyraziste i kompletne postacie drugoplanowe. Wspomniałem o dwóch znanych nazwiskach. Nie przeszkadza mi krótkość występu Fiennes’a i Pearce’a, lecz to co dostali do zagrania. Nie od dziś wiemy, że nawet z najmniejszego epizodu można zrobić perełkę, pod warunkiem, że aktor ma dobrze napisaną rolę. Tymczasem jest po prostu bezbarwnie. Domyślić się można, że Fiennes zagrał po koleżeńsku (z Bigelow kręcił "Dziwne Dni") ale poza nazwiskiem na plakacie, twórcy nie wykorzystali potencjału ani jego, ani australijczyka Pearce’a, który stworzył niezapomniane kreacje w "Memento" i "Propozycji".
Zaskoczenie budzą kontrowersję, które pojawiły się ostatnio wokół filmu. Otóż jeden z żołnierzy, którym autor scenariusza - Mark Boal towarzyszył w Iraku, wytoczył mu sprawę sądową o rzekome bezprawne wykorzystanie historii jego życia do filmu. Wyrok zostawmy sędziemu, a zostańmy przy pracy Boala. Dziwi mnie otrzymany przez niego Oscar, gdyż jest to najsłabszy element filmu. Postacie są jednowymiarowe, dialogi są zbyt ilustracyjne, a całość momentami zahacza o mielizny schematów kina wojennego. Drażni nachalna dosłowność wygłaszanego przez bohatera komentarza z offu. Psuje to jedną z najlepszych scen filmu, gdy Will po powrocie do domu robi zakupy w markecie. Żona mówi : Idź, kup płatki. Zatrzymuje się bezradnie przed kilkunastometrową półką z różnymi rodzajami płatków śniadaniowych i bezsilnie rozkłada ręce. Wspomniany komentarz z offu wnosi tylko zbędny patos. Podobnie jak wyrzut Owena skierowany na pożegnanie do swojego dowódcy. W kilkanaście sekund jedna z drugoplanowych postaci wykrzykuje to co jest istotą filmu, a co powinno dojrzewać między kadrami przez całą projekcję.
Wśród filmów i serialów o wojnie w Iraku "The Hurt Locker" plasuje się w tyle za ciekawszym "Jarheadem" Sama Mendesa i niżej niż świetny mini serial HBO "Generation Kill". Nie jest to film słaby, ale również nie jest wybitny. Brakuje tu przenikliwości spojrzenia i wiarygodnych portretów. Wierzę, że najlepszy film o Iraku wciąż przed nami, także tu w Polsce. A jak wytłumaczyć te wszystkie nagrody? No cóż. U nas sezon filmowy wyśmienity, za oceanem słaby. Już nie wspomnę o fałszywym proroku kina, czyli o Jamesie Cameronie i jego "Avatarze", którego nie jestem w stanie uznać za pełnoprawne dzieło filmowe. Obraz Bigelow jest dobry i broni się złowieszczą pointa, że nie ma powrotu do normalnego życia po doświadczeniach wojny. Bo czyż może być coś bardziej beznadziejnego dla współczesnego żołnierza niż zamiana humvee i karabinu na wózek z zakupami?
4,3 / 6