piątek, 23 lipca 2010

Czy ten remake to rzeczywiście remake?
"Zły Porucznik" (2009) reż. Werner Herzog



Kolejny film, po którym zastanawiam się po cholerę komu te remaki? Przecież można zmienić parę detail, dać inny tytuł i po sprawie. Nikt by się nie połapał, z wyjątkiem krytyków, ale ich i tak wszyscy olewają. W przypadku "Złego Porucznika" jest to szczególnie widoczne. Dlaczego ktoś mógł wpaść na taki bezczelny pomysł? Chyba tylko dlatego, że spece od promocji wyliczyli w tabelkach, że film dzięki temu więcej zarobi.
Ale wróćmy do Adama, jak mawia inny filmowiec Andrzej Żuławski. W 1992 nowojorski reżyser o włoskich korzeniach nakręcił film pt. "Zły Porucznik" z Harveyem Keitlem w roli tytułowej. Zainspirowany wczesnym kinem Martina Scorsese Ferrara nakręcił film o staczającym się na dno nowojorskiego piekła glinie uzależnionym od wszelkich używek, seksu i hazardu. Jego praca ma najniższy priorytet wśród codziennych zajęć do czasu gdy dostaje sprawę brutalnego gwałtu na zakonnicy. Ten film jest w stanie zszokować nawet dzisiejszego, wypalonego nadmiarem przemocy widza (nie chodzi tylko o przemoc w popularnym fizycznym rozumieniu). Film niesamowity. Bluźnierczy i jednocześnie na wskroś religijny, naznaczony duchem chrześcijaństwa. Pokazywał piekło na ziemi, ale jednocześnie mówił o odkupieniu grzechów. W moim mniemaniu jeden z najciekawszych (najciekawszy nie znaczy najlepszy) obrazów o wierze jaki powstał. Chory i nie do strawienia dla spokojnego widza, poruszył mnie wielkim wyznaniem wiary. Zresztą sam Abel Ferrara to dla mnie Pan Zagadka. Zaczynał filmami amatorskimi, w połowie lat 70. kręcił pornosy, w których sam grał, współpracował przy serialach produkowanych przez Michaela Manna ("Policjanci z Miami" i "Crime Story"), a w latach 90. zasłynął brutalnym niskobudżetowym kinem. Do tego słynie z ostrego języka i wypowiada swoje poglądy bez ogródek, często na granicy środowiskowego harakiri. Taki twórca jest raczej skazany na kino niezależne. Większość w Hollywood uważa go za popaprańca.
Informacja o planowanym remaku nie zaczkoczyła mnie tak bardzo jak nazwisko reżysera nowej wersji "Złego Porucznika". Werner Herzog? Co to ma wszystko znaczyć? Wybitny twórca po świetnym dokumencie "Spotkania na krańcach świata" postanawia sobie zrobić przerwę na planie hollywoodzkiego filmu? I do tego z Nicholasem Cagem w roli głównej? Notka jak z pierwszego kwietnia. To już nawet nie kuriozum. To jakieś … kuzorium (cytując "Ile waży koń trojański? " Machulskiego).
Film Herzoga zaczyna się w Nowym Orleanie teuż po przejściu Huraganu Katrina. Sarkastyczny policjant w altruistycznym odruchu skacze do zalanego wodą aresztu, żeby uwolnić tonącego po szyję więźnia. Wskutek niefortunnego skoku doznaje urazu kręgosłupa, którego co gorsza nie da się wyleczyć. Pozostają jedynie leki przeciwbólowe. Ale nasz policjant (po całej sprawie awansowany na porucznika) nie zamierza poprzestać na ketonalu. Do przepisanych leków dorzuca kokę i inne prochy, które choć trochę go znieczulą. Z czasem jednak źródełko w depozycie policyjnym wysycha. Trzeba sobie radzić samemu i skołować towar innym sposobem. W międzyczasie na głowę spada mu zabójstwo pięcioosobowej rodziny (3 pokolenia – babcia, dorośli i dzieci), której żywiciele parali się handlem narkotyków.
Bohater grany przez Cage’a bierze prochy, pieprzy swoją dziewczynę – prostytutkę i inne napotkane "na służbie" dziewczyny. Nie chce mi się nawet liczyć ile razy łamie regulamin. Wymusza zeznania na staruszce, odcinając jej dopływ tlenu, gubi chłopaka, który jest głównym świadkiem masakry i wchodzi w dwuznaczny układ z gangsterami. Aha, prawie zapomniałbym o tym, że ciągle przegrywa zakłady obstawiając kolejne gonitwy koni i mecze futbolu.
Najgorsze nie jest to co robi tytułowy porucznik, ale fakt, że rola Cage’a kompletnie nie przekonuje. Już nawet nie winiłbym biednego Nicholasa, który od paru lat nie ma nam aktorsko nic do zaproponowania. Bardziej jednak zawodzi marny scenariusz, którego autorem jest niejaki William M. Finkelstein do tej pory realizujący się tylko w serialach. Gdzieś w tle przewija się śliczna Eva Mendes, kolejny raz grająca maskotkę twardych mężczyzn i podstarzały Val Kilmer.
Widać też, że Herzog próbował siłować się z tym projektem i momentami można dostrzec jego dotknięcie. Tak jest na przykład w scenach nakręconych kamerą video, które przenoszą punkt widzenia na różne zwierzęta, czy to rybki, czy krokodyle. Ale ten zabieg uderza pustką formalną, bo nie widać żadnego uzasadnienia w treści filmu dla takich scen. Może i unaoczniają nam absurd świata ludzi, którzy mogą przerazić bezsensownością i bezmyślnością swoich poczynań. To jednak za mało. Nie sprawdził się również pomysł lekkiego skręcania w kierunku pastiszu. Dziwna to parodia kiedy nie wiemy, czy jakaś scena to nieudolność twórców, czy zamierzona kpina.
Duży plus mogę dać za zdjęcia – chropowate i ciemne. Podkreślają brud i rozkład miasta, dodatkowo sponiewieranego przez żywioł.
W sumie sam jestem sobie winien. Spodziewałem się Bóg wie czego. Oczami wyobraźni widziałem herzogowskiego porucznika jako outsidera, obserwującego społeczeństwo mierzące się z post-katrinowską traumą, który nie potrafi pomóc ludziom, ani samemu sobie. Moje pragnienie zaspokoić muszę serialem "Treme" zrobionym przez guru amerykańskiej telewizji Davida Simona.
Od twórców luizjańskiego "Złego Porucznika" dostałem kolejnego produkcyjniaka z kilkoma scenami naznaczonymi autorską wizją Herzoga. W dodatku wszystko to jest tradycyjnie otoczone pseudofilozoficzną ramką, paroma religijnymi symbolami i prostymi rozwiązaniami w zakończeniu, które rzecz jasna są zjadliwe dla całej rodziny i psa.
Po filmie Ferrary byłem wytrącony z równowagi. Oburzony, sponiewierany, ale również pobudzony do refleksji. Po tym filmie byłem śpiący, bo była już późna godzina.
Może i jestem niesprawiedliwy wobec Wernera Herzoga, że wciąż porównuję jego film z obrazem z 1992 roku, mimo że on sam starał się od tego odciąć. Skoro jednak zgodził się grać w hollywoodzkie karty, to nie może ucieć od błota krytyki, zamulonego i brudnego jak Mississippi.


Na zakończenie anegdotka. We wspomnianej przeze mnie notce prasowej przytoczono też komentarz Abla Ferrary. Narzekał, że dostał mało kasy za całe zamieszanie, a Harvey Keitel nic nie dostał (ale za co miałby dostać?). Potem dodał: "Ed Pressman [producent filmu] sucks cock in hell, period. You can print that." Zwyczajna złość, czy może jednak przewidział, że ten film będzie knotem?


2,9 / 6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz