czwartek, 12 sierpnia 2010

Szalona banda Sama P.
"Dzika Banda" (1969) reż. Sam Peckinpah



Co sprawia, że filmy Sama Peckinpaha nie wymarły śmiercią naturalną i nie trafiły na półki wypożyczalni, obok brutalnego kina klasy B? Po pierwsze – bo to nie jest kino klasy B. Po drugie, bo jest doskonale nakręcone, a Peckinpah był doskonałym filmowcem. Po trzecie, bo te filmy są niezwykle liryczne i mają sporo głębokiej refleksji w odróżnieniu od sieczki ze stajni spod znaku Tarantino, Rodrigueza, Eliego Rotha i innych bałwochwalców keczupu.

Na początku rozprawmy się z dosyć wytartą etykietą antywesternu, którą niektórzy mylą z postwesternem. Współcześnie określa się tym terminem już wszystkie produkcje o kowbojach.
A zatem dlaczego antywestern? W typowym westernie zawsze było tak, że siły dobra w manichejskiej konwencji świata wyobrażał przystojny, ogolony i uczesany dajmy na przykład Rock Hudson albo Henry Fonda, czy nawet John Wayne. U Peckinpaha bohaterowie wcale nie uosabiają sił dobra. Czy zatem jest samo zło? Raczej chaos. Dobro czyni się okazjonalnie, bardzo wybiórczo, a przede wszystkim z zyskiem. Bohaterowie Peckinpaha również odbiegają od utartych wzorców. Mają plugawe gęby, popsute zęby, strzelają do kobiet i starców. To degeneracy i zabójcy, ale paradoksalnie tylko oni kierują się czymś na kształt kodeksu honorowego. Reszta poszła po rozum do głowy i przestrzega kodeksu merkantylnego. Tytułowa banda też z pozoru idzie tylko za łupami i forsą. Ale tylko z pozoru. W gruncie rzeczy mają gdzieś święty zysk. Żyją tak jak chcą. Dziko.
Nie będę dowodził, że Peckinpah pierwszy to wszystko wymyślił. Tak nie jest. Już pewne elementy tej estetyki pojawiły się u Sergio Leone. To on ze szlachetnego Henry’ego Fondy zrobił w „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” arcyłotra. Ale to Amerykanin poszedł w demitologizacji najdalej i robił to najlepiej.

Banda Pike’a Bishopa (William Holden) dokonuje nieudanego skoku na rezerwy gotówki będące własnością przedsiębiorstwa koleji. W zasadzce tracą ludzi i muszą uciekać na południe do Meksyku. Bishop i jego ludzie nie zamierzają iść na emeryturę bez zapasu gotówki. Zgadzają się, więc ukraść transport broni dla meksykańskich wojsk generała Mapache. Nie wszystko idzie zgodnie z planem i bandyci stają do straceńczej walki z meksykańskim wojskiem.
Elementem mocno kontrastującym z westernową papką, którą przez kilkadziesiąt lat karmiono widzów, to motyw ostatecznej rozprawy i walki rewolwerowców. Zazwyczaj rycerze z koltami podejmowali rękawice i stawali do mniej lub bardziej równej walki. Nieważne o co, bo przecież zawsze wygrywali. Wygrywali pokój, dobro, porządek społeczny i inne ważne głupoty. W "Dzikiej Bandzie" ostatnia walka jest tylko po to, żeby zrobić rozpierduchę. Bandyci zdobyli broń dla meksykańskiego generała Mapache i dostali za nią pieniądze. Można powiedzieć, że dobiegli do mety, rozejrzeli się i powiedzieli: "Walić to, zanudzimy się tutaj na śmierć. Wracamy." O ciążącym na bohaterach fatum wiemy już po jednej z pierwszych scen, w której dzieci bawią się wrzucając skorpiony do mrowiska, a później podpalając je. Złowieszcza symbolika jest oczywista, ale nienachalna i bardzo estetyczna.


Jeszcze jednym ważnym elementem antywesternu jest podważenie amerykańskiego mitu o dzikim zachodzie, szlachetnym kowbojach i cnotliwych szeryfach. Najlepiej to widać w innym filmie Peckinpaha „Pat Garret i Billy Kid”. Bandytów i stróżów prawa odróżnia tylko odznaka. Nic więcej.

Zakończenie filmu można porównać z bezkrytycznie przyjmowanym od lat sentymentalnym i mitotwórczym westernem "Butch Cassidy i Sundance Kid", który miał premierę w tym samym roku, więc raczej nie wchodzi tu w grę jakaś polemika twórców. Tak jak Butch i Sundance garstka pozostała z bandy Bishopa staje naprzeciwko całej armii. Kowboje grani przez Redforda i Newmana w filmie Georga Roya Hilla wpadli w zasadzkę. Pike Bishop i reszta robią to jednak z własnej woli. Mogliby odjechać, tu przecież nie chodzi o ich dogorywającego kompana Angela, nad którym pastwili się żołnierze Generała Mapache. Wracają bo gardzą wszystkimi cynikami, pragmatyzmem i światem zniszczonym przez armie i idiotycznych polityków. Tam gdzie George Roy Hill wyłącza kamerę i zostawia widza z czarno białą fotką romantycznych bohaterów, tam Sam Peckinpah pokazuje jak Bishop i jego ludzie rozwalają cały oddział meksykańskiego wojska doszczętnie niszcząc pueblo i masakrując postronnych ludzi. Oczywiście realizmu musi stać się zadość i bohaterowie też muszą zginąć podziurawieni kulami. Ale nie dostajemy ponurego obrazka w stylu – odeszli najlepsi, koniec świata, armageddon i hymn Teksasu. Zostaje Deke Thornton, który przyjeżdza na pobojowisko i wtedy dopiero widzi, że przeszedł na służbę fałszywego proroka (jako były członek bandy zobowiązał się dorwać Bishopa żywego lub martwego za co miał otrzymać wolność). Thornton reflektuje się i odjeżdza z meksykańskimi Indianami, bo przecież ktoś musi nieść kaganek buntu.

Od strony technicznej to jak zwykle u Peckinpaha jest doskonale. Wspaniały montaż sprawia, że świetne sceny akcji nie zestarzały się. Gdyby nie jakość zdjęć to możnaby bez problemu puszczać ten film zamiast laurkowatych remaków w stylu "3:10 do Yumy". Role są tak świetnie zagrane, że ciężko uwierzyć, że to naprawde zawodowi aktorzy, a nie jacyś recydywiści i żule. Emilio Fernández w roli Generała Mapache jest najlepszym samozwańczym generalissimusem idiotą jakiego widziałem na ekranie (zagrał też u Peckinpaha w "Przynieście mi głowę Alfreda Garcii").
Są w tym filmie sceny, których długo się nie zapomina. Zwłaszcza sceny akcji, przy których jakieś bzdetne walki robotów z "Transformersów" i ostatniego "Terminatora: Ocalenie" po prostu nudzą. Chociażby scena pościgu i wysadzenia mostu. Ciężko to nawet opisać. Trwa jedno wielkie pandemonium na moście, który zaraz zostanie wysadzony. Lont do ładunku wybuchowego już się pali, a w tym czasie strzelanina trwa w najlepsze. Chciałoby się zacytować Hitchcocka, który tłumacząc czym jest dobry suspens opisał reakcje widza chcącego krzyknąć do niczego nie świadomych boheterów : "Ludzie, uciekajcie stamtąd! Przecież pod stołem jest bomba i to wszystko zaraz wyleci w powietrze". Peckinpah zdefiniował na nowo nie tylko kino kowbojskie, ale kino akcji w ogóle.
Jest tu dramat i komedia. Wszystko jest przeplatane niesamowitą dawką humoru. Fikuśna meksykańska muzyka uniewinnia orgię i pijatykę, a tarcia między bandytami rozładowują sprośne dowcipy.

Argumentów przeciwników jego kina czasem się nie da odeprzeć. To kino jest bardzo naturalistyczne i brutalne. Czasem jest wulgarne i miejscami seksistowskie. W ripoście można odpowiedzieć, że nie jest to jednak obraz jakiegoś wyimaginowanego świata, lecz tego w którym żyjemy. Poza tym zdarzają się w tych filmach naprawdę piękne sceny, przepełnione liryczną melancholią i smutkiem za uciekającym życiem.
Sam Peckinpah był człowiekiem, który mógłby być bohaterem tego filmu. Uzależniony od alkoholu (później go zamienił na kokainę) bywał nieprzewidywalny na planie filmowym i wobec producentów. Nie przedłużył rodzinnej tradycji prawniczej, zamiast tego zostając jednym z najbardziej kontrowersyjnych reżyserów w historii. Tylko u niego aktor mógł zagrać z ręką w gipsie (T.P. McKenna grający Burmistrza w "Nędznych Psach") bo dzień wcześniej złamał ją w czasie libacji z prostytutkami sprowadzonymi przez reżysera. Niecodzienny życiorys. Nieprzeciętne filmy.



*/* (oceniać takie filmy to megalomania)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz