Tak… mógłbym zacząć czymś w stylu "stary, dobry Clint Eastwood". Coś mi jednak nie odpowiada w tym wszystkim i te zbiorowe zachwyty tylko pogłębiają moją nieufność. Nie ma wątpliwości, że Eastwood zrobił film poprawny, według wszelkich prawideł sztuki filmowej i z stosunkowo zaskakującym zakończeniem. Jednak gdy wpatrzymy się dobrze w ten obrazek to dostrzec można drobne ryski i pozbawiające komfortu detale.
Akcja filmu nie jest z gatunku tych zawiłych. Dobiegający kresu swego życia Walt Kowalski (Clint Eastwood) właśnie pochował żonę. Mimo polsko brzmiącego nazwiska jest szczerozłotym amerykańskim patriotą, plującym na japońskie auta i bolejącym nad powszechną degrengoladą społeczną. Jakby tego było mało jest wzorowym rasistą, ksenofobem i zgorzkniałym starcem. Kiedy przychodzi do obrony swojego prawa do obrony posesji, to szybko sięga za broń, zwłaszcza gdy na jego trawniku stanie osobnik o innym kolorze skóry. W wolnych chwilach oddaje się hobbystycznemu rytuałowi pucowania na błysk swego Gran Torino, rocznik 1972. Dalej jak po hollywoodzkiej nici Ariadny w Walcie zaczynaja zachodzić głębokie przemiany. A wszystko dzięki koreańskim sąsiadom, którzy mimo skrzywionej miny Kowalskiego otwierają się na niego i dają szansę międzykulturowego porozumienia. O ile w scenariuszu wszystko jest poprawne, o tyle nieco ramotowate. Mamy, więc tu traumy Kowalskiego z wojny w Korei, jest też postawienie banalnej tezy, o tym, że rasizm się bierze z ignorancji, mamy niewdzięczną rodzinę Walta i ojcowskie uczucia wobec koreańskiego chłopaka. Tenże koreańczyk o imieniu Tao ma kłopoty z gangiem swoich rodaków. Co więc Walter Kowalski zrobi? Pomoże mu, rzecz jasna. Tylko ten wątek rozprawy bohatera z gangsterami może wybić z rutyny, a reszta? No właśnie. Stary, dobry Eastwood…
Najsłabszym ogniwem pozostaje światopoglądowa wolta bohatera. Niezwykle poprawna politycznie, jednak mocno nieprawdopodobna. Eastwood zaczyna świetnie. Jego Kowalski to kawał zgorzkniałego chama, którego jednocześnie potrafimy do pewnego stopnia zrozumieć i zaakceptować. Reżyser i aktor w jednym pierwszorzędnie korzysta ze swego doświadczenia i daje nam takiego Kowalskiego jakiego jeszcze nie było. Niestety im bardziej przekonująco zaczyna, tym trudniej uwierzyć w tak gwałtowną przemianę. Rozumiem, że moralitet nie zawsze ma być realnym odbiciem ludzkich postaw i odruchów w zbliżeniu 1:1, ale ja tego nie kupuję. Nowotestamentowa symbolika ofiary i odkupienia grzechów (nie tylko własnych) jest tutaj bardzo czytelna i nawet ładna, ale bardziej wymagającego widza może skrępować swoją oczywistością i dosłownością.
Poza tym ten Kowalski… o co mu tak naprawdę chodzi? Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej jestem zaniepokojony dwuznacznością tej postaci i tej (pozornej?) przemiany. Czy rzeczywiście otworzył się na drugiego człowieka, jego cierpienia i radości, odrzucając powierzchowne stereotypy? A może tylko wreszcie jest zadowolony, że ktoś go słucha równie posłusznie jak jego pies? Może jest dumny z tego, że zdominował młodego chłopaka, kontroluje jego wybory, nie pozostawiając miejsca na samodzielność? Dlaczego Kowalski nie chce zaakceptować syna? Bo jest powierzchowny, nastawiony konsumpcyjnie i jeździ japońskim autem? Czy może dlatego, że tamten nie chciał być ojcowskim terminatorem, powtarzać jego poglądów, najzwyczajniej w świecie zbuntował się i wybrał indywidualną drogę? Tych znaków zapytania jest dużo i dlatego nie jestem w stanie tego filmu przyjąć z całym dobrem inwentarza. Samiec Walt uczy chłopaka mechaniki i posługiwania się "męskimi zabawkami" tj. kluczami i śrubokrętami. Tao rzeczywiście zaczyna jako kompletną pierdoła, co potęguje jego fryzura a la "poranny rozczochraniec" i dziewiczy wąs.
Estetycznie Eastwood nie zaskakuje. Tradycyjnie nakręcił film skromny formalnie, aktorsko pozbawiony ekspresyjności, co przydaje mu realizmu.
Dla miłośników filmowych cytatów polecam scenę, w której Kowalski obrabia butem jednego z koreańskich bandziorów. Skojarzenie z jedną z mocniejszych scen w "Brudnym Harrym" jak najbardziej wskazane. Już nie wspomnę nawet o zamiłowaniu Kowalskiego do szybkich samochodów co przywodzi na myśl postać o tym samym nazwisku ze "Znikającego Punktu" autostradowego klasyku lat 70.
Pomimo moich wątpliwości to wszystko dobrze się ogląda choć zirytować mogą obowiązkowe punkty programu w stylu: "Walt daje się przejechać chłopakowi swoim wypasionym samochodem" lub "Walt załatwia pracę dla Tao i uczy go jak ma rozmawiać z facetami na budowie" albo "Walt kaszle krwią – czyżby rak?". Te momenty nie pozwalają zapomnieć, że jest to kino typowe i powtarzalne. Ciekawe spojrzenie, ale bez rewelacji. Kiedy wrócimy do oklepanego stwierdzenia "stary, dobry Eastwood" i zmienimy je na "stary, typowy Eastwood" to zrozumiemy jaka jest różnica między przyzwyczajeniem, a olśnieniem.
4,0 / 6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz