
Pierwsze skojarzenie – "Zapaśnik" Aronofsky’ego. Paradokumentalna obecność kamery i zdjęcia podkreślające wszystko co ludzkie, czyli zmarszczki, kiepski makijaż, krosty i stare blizny. Na dodatek obracamy się w temacie Indian mieszkających w rezerwatach. Jednym słowem, typowy przykład tego, co jest obecnie na topie w amerykańskim kinie niezależnym. Na dodatek główna nagroda jury w Sundance. Nieco na wyrost, mówiąc bardzo oględnie. Jurorom musiał bardzo spowszednieć gust.
Bohaterka imieniem Ray Eddy (Melissa Leo) mieszka na rubieżach stanu Nowy Jork, tam gdzie USA graniczy z Kanadą. Wokół roztaczają się terytoria indiańskie plemienia Mohawków. Plenery bardzo ładne. Zwłaszcza jeśli ktoś ma słabość do północnego chłodu. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia mąż Ray - nałogowy hazardzista w przypływie słabości zabrał kasę i zawinął się do Atlantic City. Tymczasem do garnka nie ma co włożyć, pod choinkę nie ma co włożyć. Jednym słowem ludzka tragedia tak zwana. Nadzieja pojawia się wraz z czupurną Indianką – Lilą (Misty Upham), którą Ray poznaje gdy ta nieudolnie próbuje jej ukraść samochód. Wykorzystując znajomości Lily wspólnie zaczynają przemycać nielegalnych imigrantów przez granicę. Jak to bywa w takich opowiastkach zakazane zajęcie okazuje się być ślepą uliczką, która nie może się skończyć dobrze. Jest tu dramat, są też elementy thrillera, ale to wszystko razem troche mdłe.
Najciekawszy wątek, zgubionego dziecka na śnieżnym pustkowiu zostaje szybko i bezpiecznie ucięty, a dalsza historia zaczyna dryfować w stronę telewizyjnego dramatu rodem z cyklu "Prawdziwe historie". Szkoda też, że nie rozwinięto wątku Indian i ich autonomii w rezerwatach i powiązanych z tym problemów tożsamościowych. Dostajemy za to przeciągniętą dogrywkę o znajomej nazwie – ostatnia robota, która musi być tą pechową.
Różne nagrody i nominacje dla tego debiutanckiego filmu dziwią, na tyle na ile bezpodstawne nagradzanie filmów może jeszcze kogokolwiek dzisiaj zdziwić (nawet 2 nominacje do oskarów za rolę Melissy Leo i scenariusz dla Courtney Hunt, która ten film nakręciła). Jeżeli obejrzeć to tylko dla Melissy Leo w roli Ray. Aktorka ta zapewne jest anonimowa dla większości widzów, ale zawodowcy pamiętają ją pewnie z drugoplanowej roli w "21 gramach", a jeszcze inni kojarzą ze bardzo dobrego serialu "Homicide: Life on the Street", który na marginesie jest protoplastą telewizyjnego majstersztyku "Prawo Ulicy". Twarz Melissy Leo w "Zamarzniętej Rzece" zostaje w głowie dłużej niż sam film. Zmęczona kobieta, która ma dosyć nieodpowiedzialnego męża i ciągłego podnoszenia się na nogi po życiowych nokautach. Aktorka nie przestraszyła się gry bez makijażu przed kamerą, która nie ominie żadnej zmarszczki i bruzdy na twarzy. Pełen szacunek. Świetna kreacja. Chociaż tyle. A poza tym bez żalu można zapomnieć.
3,4 / 6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz