czwartek, 26 listopada 2009

"Zdobyć Woodstock" (2009), reż. Ang Lee. Flower, power. Czyli pacyfka i do przodu.


Po tym filmie mój kumpel powiedział "W pewnym momencie miałem wrażenie, że to film dla dzieci". I coś w tym jest. Tak przewidywalnego i nieskomplikowanego obrazu nie spodziewałem się po Angu Lee, który przecież stworzył "Ostrożnie, pożądanie" i "Tajemnicę Brokeback Mountain". Głównym bohaterem jest Elliot Tiber (Demetri Martin), który pomagając rodzicom w prowadzeniu motelu i jednocześnie działając na rzecz społeczności lokalnej wpada na pomysł, aby ugościć festiwal hipisów w swojej mieścinie. I to by było na tyle jeśli chodzi o prawdę historyczną. Resztę należałoby traktować z dużym przymrużeniem oka. Bo to co się dzieje w filmie mogło się zdarzyć lub nie. Elliot poświęca się dla rodziców i powstrzymuje przed wyjazdem do miasta. Rodzice, a zwłaszcza matka, nie okazują mu wdzięczności. Motel ma długi, a miejscowość z dnia na dzień podupada. Sąsiad Billy (Emile Hirsch imitujacy styl DiCaprio) równolatek Elliota ciągle nie może sobie uświadomić, że już nie jest w Wietnamie. Co jest najlepsze na te wszystkie problemy? Peace and love.

Muszę oddać twórcom, że duch epoki emanuje z ekranu. Z najmniejszymi detalami została oddana epoka przełomu lat 60 i 70. Ubrania, kostiumy, samochody, fryzury. To wszystko wydaje się być autentyczne, tak że momentami film ociera się o paradokument. Ale niestety zostajemy uraczeni fabułą, która jest schematyczna i banalna jak tylko hollywood potrafi. (no może jeszcze bollywood) Festiwal Woodstock ma być odpowiedzią na wszystkie ludzkie problemy. Ludzie uczą się kochać, rozmawiać ze sobą. Rodzina odnajduje wspólny język i wreszcie Elliot będzie mógł wyzwolić się spod psychicznych kajdan matki. W międzyczasie odnajdzie swoją właściwą tożsamość seksualną, a Billy przypomni sobie, że przed Wietnamem był zwykłym chłopakiem. Wszystko to odbywa się przy browarku, trawce i gdzieniegdzie kwasie. Narkotyki otwierają umysł. Pozwalają nam dotrzeć do własnego jestestwa i wyzwolić się z więzów. Żadnych koncertów nie widzimy, a samą scenę podczas festiwalu widzimy tylko raz, w kwasowej halucynacji pośród fal oceanu ludzi. Hipisi są wolni, a przy nich każdy człowiek powoli się wyzwala, nawet policjant pilnujący porządku.
Szkoda tylko, że pokazana została jedna strona medalu, na dodatek niezwykle bezrefleksyjna. Niektóre pomysły scenarzysty są tak wtórne, że
aż wstyd oglądać. Już rekordy wtórności bije scena gdy naćpani państwo Tiber, tańczą dzikie hołubce. Do tego nieznośna dydaktyka na rzecz tolerancji i miłości bliźniego. Po seansie można by pomyśleć, że gdyby nie Woodstock, to w Stanach Zjednoczonych ciągle obowiązywałaby cenzura i ścigano by komunistów. Ten film faktycznie mógłby być dla dzieci, gdyby nie narkotyki i gdzieniegdzie błyskające, nieopalone tyłki hipisów. Seksu tu nie ma wcale. Chyba zapomnieli o pierwszej części hasła "Sex, drugs and rock'n'roll". Mamy za to ruszające się krzaki i ocieranie nogą o nogę. Bardzo wyzwolona miłość. Irytujący montaż przywodzi na myśl reklamy. Ekran podzielony na dwie lub cztery części, psuje tylko ładne zdjęcia. Muzyka... a jaka może być muzyka w filmie o Woodstocku? Obsada to jedna z niewielu rzeczy, do których nie można mieć zarzutów. Zagrali wszyscy równo i dobrze. Inną kwestią wciąż pozostaje co kazano im grać.

Ten film mógłbym przełknąć jako bajkę o hipisach dla grzecznych dzieci gdyby nie kłamstwo jakie utrwala. Tę druga strona medalu, której tu nie ma, opisał Philip K. Dick w powieści "Przez ciemne zwierciadło". W futurystycznej konwencji opisał jak kończą ludzie po wieloletnim ćpaniu. Z dedykacją dla tych, których narkotyki zniszczyły i wypaliły. Przy tychże nazwiskach czytamy czytamy "Nie żyje, trwała psychoza, poważne uszkodzenie mózgu itd." Niech twórcy filmu popatrzą na historię Janis Joplin, Jimmy'ego Hendrixa, czy nawet Cobaina i powiedzą, czy było warto?

2.1 / 6

sobota, 7 listopada 2009

"Mężczyźni, Którzy Nienawidzą Kobiet", aut. Stieg Larsson


Jurgen siedział przed klawiaturą. Właśnie przyjął nowe zlecenie, jednak nie wiedział jak zacząć. Palił już czwartą paczkę papierosów w tym dniu. Łeb mu pękał i w gardle czuł smołę, jednak nie przestawał, bo wierzył w związek między paleniem, a weną.
„Tam do licha” myślał „Nie wiem od czego zacząć. Mogłem się dłużej zastanowić zanim zawarłem ten deal. Teraz muszę w to brnąć, choć wcale nie mam ochoty.” Wyciągnął kolejnego papierosa i nastawił ekspres do kawy.

***

6 listopada 2009 r.
Szanowny Panie Svenskokarlsten,

Podjąłem już pierwsze działania w kierunku wyjaśnienia zagadki, którą to Pan zlecił mi rozwiązać. Myślę, że mam pierwszy lead w tej sprawie.
Urodzony w 1954 roku w Szwecji Stieg Larsson, był dziennikarzem magazynu Expo. W młodości działacz partii komunistycznej, co nie może pozostać bez związku z tą zagadką. Autor powieści kryminalnych. Nie dożył sukcesu swoich powieści, bowiem zmarł gwałtowną śmiercią w 2004 roku. (rozległy zawał serca).
Co prawda są to informacje dostępne każdemu, ze względu na to że w pewnym sensie Larsson był osobą publiczną. Jednak, cały czas pracuję nad tłumaczeniem angielskiej strony Wikipedii o Larssonie. Zleciłem to zadanie jednemu z najlepszych researcherów jakich znam, który biegle włada językiem angielskim (dostał B na FCE) i już niedługo będę dysponował szczegółowym życiorysem tego pisarza.
Zgodziłem się zawrzeć umowę z Panem ze względu na to, że cała ta historia jest dla mnie zagadkowa i bardzo nieoczywista. Gdzieś tam musi leżeć pies pogrzebany. A odkopywanie pogrzebanych psów to moja pasja. Wertuję stosy materiałów, dokumentacji i akt policyjnych. Tego jest dużo, ale myślę, że jestem na tropie czegoś większego. W najbliższym czasie z pewnością uda mi się dogrzebać się do prawdy o Larssonie i będę mógł Panu powiedzieć, skąd się bierze tajemnica popularności jego książek.

Z wyrazami szacunku,
Jurgen Heidlmeistieger

***

Jurgen siedział wpatrzony w szybę. Na zewnątrz hulał śnieg. Była noc. Wewnątrz restauracji KFC nie było nikogo poza nim i obsługą. Zamówił podwójnego Twistera, kubełek Gorących Skrzydełek. Na dodatek przepyszne frytki i udka o specjalnej recepturze Wingmana.
Zajadał, rozkoszując się pysznym smakiem. Oblizywał palce z drobin kurczaków i panierki jednocześnie myśląc „Hapiness is easy”. Nagle spochmurniał. Popatrzył na skrzydełka. Potem ostrożnie rozejrzał się. Długo obserwował obsługę. Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Wszyscy między 20, a 27 rokiem życia.
„Hmm. Jak oni robią taką kruchutką pikantną panierkę? Kolejna zagadka bez odpowiedzi. Świat jest ich pełen.”

***

12 listopada 2009 r.
Drogi Panie Svenskokarlsten,

Jestem już coraz bliżej rozwiązania tej zagadki. Nocami wertowałem recenzje i podsłuchiwałem rozmowy w autobusach (to akurat w dzień, bo w nocnych ludzie są mniej gadatliwi). Mój anonimowy deep throat zdobył dla mnie tajną, zaszyfrowaną korespondencje pewnego licealisty z Warszawy. Dotarł do jego twardego dysku i odnalazł fragmenty recenzji książki „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” w folderze „recenzje”. Długo czytałem te manuskrypty na swoim najnowszym modelu laptopa firmy Apple - MacBook z procesorem Intel Core 2 Duo oraz 2 GB pamięci. Posiada też cały szereg innowacyjnych cech, na przykład wbudowaną kamerę iSight do czatowania wideo w podróży, iLife ’06, Front Row, szerokoekranowy, 13-calowy wyświetlacz typu glossy oraz obsługę dwóch wyświetlaczy. Doszedłem do wniosku, że ten chłopak odnalazł najistotniejsze argumenty w ciągu 126 godzin od kiedy zajmuję się tą sprawą, a sam wydaje się być w nią niezaangażowany. Dziwne… Ale wracając do meritum. Albo może… Po prostu przytoczę fragmenty jego rozważań.


Nie czarujmy się. Ta powieść to nie jest wielka literatura. To nie jest dobra literatura. Tak w zasadzie to jest literatura bardzo niezawysokich lotów.


a dalej

Nie wiem, co jest bardziej irytujące. Słaba książka, czy fakt, że tyle milionów ludzi ją kupiło i przeczytało. Słowo bestseller w kontekście literatury kojarzy mi się bardzo niedobrze. Od razu mam przed oczami książki w stylu „Kod Leonarda da Vinci”, czy „Samotność w sieci”. Dlaczego bestsellerami nie są klasyczne pozycje? Ktoś kiedyś słyszał o nowym tomie poezji Szymborskiej albo antologii Brodskiego, które rozeszłyby się tak szybko jak nowy singiel Cher?

Nie do końca wiem kim jest ten Brodsky (może to jakiś rosyjski komunista, który współpracował z Larssonem), albo o co chodzi z tą Cher. Może to jakiś kod, nie jestem pewien. A także znalazłem na pulpicie plik pt. „Książki do kupienia”. Są tam różne dziwne książki, co ciekawe różnych autorów i nieposegregowane alfabetycznie. Myślę, że to też jest jakiś szyfr. Cały czas zastanawiam się co mogą znaczyć skróty (np. ISBN) i różne symbole. To kolejna zagadka do rozwiązania.
Tutaj dalej przytoczę jego zapiski

Bohaterowie są nakreśleni grubą kreską. Pokiereszowany przez życie, ale w gruncie rzeczy uczciwy facet z zasadami. Bezwzględny nazista, pogromca Żydów i psychopata. Zboczony kurator, bez czci i godności. To postacie jak z podręcznika pt. „Jak napisać słaby scenariusz w 21 dni”. Na dodatek, postacie te są nad wyraz niekonsekwentnie skonstruowane i po prostu nieprawdziwe. Nie byłoby żadnego problemu, gdyby nie fakt, że przez cały czas książka utrzymana jest w realistycznym stylu. Chociażby postać Lisabeth. W jednym momencie jest bezradna i nie wie co ma zrobić z gnębiącym ją zboczeńcem. Chwilę później konstruuje misterny plan szantażu, a w dodatku w małym palcu ma psychologię i ludzkie reakcje. Larsson próbuje poprzeć to specyfiką jej osobowości, jakimś wzorem logicznego rozumowania i wychodzenia z koncepcji analizy zdarzeń i ich następstw, ale wątpię czy tak to wygląda u ludzi tego typu, czyli aspołecznych, nieempatycznych i jednocześnie obdarzonych wyjątkowymi zdolnościami.. To działa w ten sposób tylko w jego książce.
Jednak najbardziej śmieszny w tej książce jest seks. „Włączyli muzykę Elvisa i oddawali się uprawianiu seksu.” I tyle. Doprawdy podniecający opis erotyczny. Sprzeczość polega na tym, że Larsson jest pruderyjny w całej szwedzkiej bezpruderyjności. Widać w tej książce wpływy wychowania seksualnego od podstawówki, przez co seks jest tutaj aktem kompletnie pozbawionym czaru, uczuć i namiętności. Larsson opisuje go jak bieganie, czy jedzenie. Doprawdy jest się czym chwalić. Społeczeństwo bez tabu. Przecież to koszmar. Równie dobrze słowo wyraz „seks” w tej książce mógłby zostać zastąpiony wyrazem „fitness”.
„Włączyli muzykę Elvisa i oddawali się uprawianiu fitnessu.” Pasuje jak ulał!
Kolejna rzecz, te anglojęzyczne wstawki. Deal, deep throat, message, fuck you. Oczywiste jest, że w dialogu to może być naturalne. Ale w narracji? Pretensjonalne.
Marki i różnorakie firmy są tak nachalnie wplecione, że zbiera się na wymioty. Ibooki, McDonaldsy, Toyoty, ipody (z dokładnym opisem i szczegółami modelu !), pamięcią wirtualną i fizyczną włącznie. Co to ma być? Product placement? Można było trochę subtelniej.

Aha i właśnie przed chwilą to przeczytałem. Myślę, że to Pana zainteresuje. To może być klucz do naszej zagadki.

Cały czas się zastanawiałem, czy już minąłem suspens, czy też nie. To chyba najlepiej świadczy o tym, że historia jest przewidywalna. Te zapowiadane gwałtowne zwroty akcji, wcale nie są takie gwałtowne. Raczej delikatny wietrzyk na jeziorze Ruciane.
Analiza społeczna. Gdzie? Chyba nie w tej książce. Chodzi o te statystyki na początku każdego rozdziału w stylu „Co roku w Szwecji ileś tam kobiet pada ofiarą przemocy”? Jeżeli ta książka dogłębnie analizuje te kwestie, to Hubert Urbański dostanie Nobla z dziedziny psychologii. Nawet nie mam siły tego argumentować. Opisywanie cudacznej historii o wykorzystywaniu seksualnym dziewczyny przez kuratora, ma być obrazem przestępstw seksualnych w Szwecji? Albo może fikcyjna historia o psychopacie mordującym imigrantki i prostytutki ma być odbiciem handlu ludźmi i przemocy wobec kobiet w Skandynawii? Nie wiem, co ta książka mogła komukolwiek unaocznić i co zdemaskować. Jeżeli takie rzeczy edukują szwedzkie społeczeństwo to tracę ochotę na wakacyjny wypad do Sztokholmu. Jeżeli już ktoś ma ją chwalić, to niech po prostu powie, że to się dobrze, szybko czyta i jest wciągająca. I wystarczy.


To są tylko fragmenty tej pracy. Tego jest znacznie więcej! Ciągle to wertuję, szukając jakiegoś kodu. Skąd on ma takie informacje na temat jego książek. Skąd je wziął i kto mu podsunął te pomysły… Myślę, że niedługo będę miał dla Pana więcej informacji. Na dzień dzisiejszy jestem w dead end.

Z uszanowaniem,
Jurgen Heidlmeistieger

***

Jurgen był zadowolony ze swojego życia seksualnego. Swoje wyniki w tej dziedzinie porównywał do sukcesów w skoku przez płotki w drugiej klasie szkoły ponadpodstawowej. Po udanym seksie lubił napić się piwka, albo zapalić szluga. Choć najczęściej od razu zasypiał. Partnerki nie były istotne. Zależy, która chciała i byle była bez zarzutu pod względem higieny osobistej. Zawsze kojarzyło mu się to z zajęciami w parach na wuefie, w klasie koedukacyjnej. Dobry seks jest jak dobry trening Karate. Oczyszcza organizm, oddala złą energię i człowiek zaczyna wierzyć we własne umiejętności. Można powiedzieć, że w seksie nigdy się nie mylił. Zawsze miał dobrą kartę, jakby to powiedział pokerzysta. Można powiedzieć, że lubował się w rozkosznej przyjemności oddawania się seksowi. Na dodatek nie miał problemów z własnym wstydem. Zawsze otwarcie mówił o seksie używając naukowych terminów. Lubił grać w otwarte karty. Show me yours, I’ll show you mine.

***

26 listopada 2009 r.
Najrdoższy Panie Svenskokarlsten,

Jestem zmuszony zerwać naszą umowę. Nie zamierzam zagłębiać się w szczegóły. Podpowiem tylko, że NIE ROBIĘ TEGO Z WŁASNEJ WOLI. Jeżeli coś to Panu tłumaczy, to może nie będzie Pan sprawiał problemu. Zobowiązuje się ponieść wszelkie konsekwencje związane z zerwaniem kontraktu. Pieniądze prześlę na konto. Proszę się więcej ze mną nie kontaktować.
Przykro mi, że musiałem Pana rozczarować.

Z wyrazami szacunku,
Jurgen Heidlmeistieger

***

Minęło już 5 lat od sprawy Larssona i jego książek, a dla Jurgena to wciąż było jak świeża rana. Zwiększył czujność i wzmocnił ochronę. W każdej chwili mógł się spodziewać napaści.
Na ulicy potrącił go mężczyzna. Miał krzaczaste brwi i czapkę uszatkę.
"Pewnie Rosjanin" pomyślał Jurgen.
-Uważaj pan jak chodzisz! – krzyknął mężczyzna oddalając się.
„To ich człowiek. Cały czas boją się, że wrócę do tamtej sprawy. Wiedzą, że jestem najlepszym dziennikarzem śledczym.”
Jurgen wszedł na parking i podszedł do swojego auta. Było to Volvo S60. Samochód oparty na platformie Volvo P2 tak jak Volvo S80 i Volvo XC90. Należał do grupy samochodów, które uważane są za najbezpieczniejsze na świecie. S60 jest wyposażony w dużą liczbę poduszek powietrznych oraz systemów trakcyjnych, które mają za zadanie ułatwić i stabilizować jazdę tym samochodem.
Za wycieraczką była kartka.
„Jurgen H. robi loda szatanowi w piekle.”
W Jurgenie zamarzła krew. Lodowate skrzepy wskutek zamarzania cieczy rozsadziły mu żyły. Zmarł na miejscu.

***

Artykuł z Sztokholm Times (20 lipca 2014 r.)

„Znany dziennikarz śledczy nie żyje”
Wczoraj w tajemniczych okolicznościach zmarł zagadkową śmiercią Jurgen Heidlmeistieger, lat 43, znany felietonista Svenskainfo, który zasłynął w latach dziewięćdziesiątych serią artykułów o kanibalistycznych praktykach mieszkańców dalekiej północy Szwecji. Łączymy się w bólu z rodziną dziennikarza i będziemy pamiętać o jego dokonaniach na polu publicystyki.
Redakcja.

***

Sprawa Larssona nigdy nie została rozwiązana. Nie wiemy skąd się wzięła popularność jego książek i chyba się nie dowiemy. Prawdopodobnie jest to objaw zbiorowego szaleństwa tak jak miało to miejsce w 2003 r.przy wydaniu „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna, czy także w 2001 roku w Polsce przy wydaniu „Samotności w sieci” Janusza L. Wiśniewskiego. W ramach antidotum zaleca się czytać kryminały amerykańskiego pisarza Dennisa Lehanne (np. „Rzeka Tajemnic” lub „Gdzie jesteś Amando”) lub sięgnąć do kryminały historyczne rosyjskiego pisarza Borysa Akunina.

Na całym świecie co roku publikowane są miliony podobnych do siebie książek.

Prawie jedna trzecia tych książek nie jest warta swojej ceny.

piątek, 6 listopada 2009

"Dom Zły" (2009) reż. Wojciech Smarzowski


Po „Weselu” już wiedziałem, że na filmach Wojtka Smarzowskiego nie sposób się nudzić (no może w „Małżowinie” jest nuda, ale wystylizowana i zamierzona, więc się nie liczy, a poza tym to było dawno i nieprawda). Dialogi, akcja i postacie sprawiają, że jego filmy ogląda się z czystą przyjemnością. Tak też było tym razem. „Dom zły” to kino fascynujące, oscylujące na granicach karykatury, ale bynajmniej nie puste, lecz głęboko grzebiące w moralności i ludzkich wyborach.
Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik – niezapomniany Notariusz z „Wesela”) wiedzie spokojne życie. Pracuje w PGRze. Ma żonę, kolegów. Dzieci? No cóż. Bóg nie dał. Pewnego dnia wszystko się kończy. Żona umiera (słowo „nagle” wydaje się być tutaj eufemizmem), Środoń zaczyna pić. Traci pracę, przyjaciół. Jednym słowem nie bardzo po co ma żyć. Któregoś dnia pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża na drugi koniec Polski. Chce zacząć od nowa, z dala od przeszłości, nowy rozdział życia.
To wszystko rozgrywa się w 1978 roku. Trafia do wioski w Bieszczadach gdzie ma pracować jako zootechnik w PGRze. W drodze zastaje go noc i burza. Wchodzi do pierwszego lepszego gospodarstwa. To dom Dziabasów. (Marian Dziędziel i Kinga Preis) Gość w dom, Bóg w dom? Nie tym razem. Zamiast początku nowej drogi Środoniowi przytrafi się tam, delikatnie mówiąc, najbardziej niefartowna noc w życiu .
Na ekranie równolegle rozgrywa się akcja w tym samym miejscu, tyle że 4 lata później. Porucznik Mróz (w tej roli Bartek Topa) przewodzi hałastrze pijanych milicjantów, którzy mają zrobić rekonstrukcję na miejscu zbrodni i dojść co tak naprawdę się stało feralnej nocy. Sam nie pije bo się zaszył, ale jego cierpliwość powoli się wyczerpuje. Z czasem okaże się, że na tej całej prawdzie najmniej wszystkim, poza nim i podejrzanym Edwardem Ś., zależy…
Brzmi jak scenariusz nowego filmu braci Coen? No trochę. To skojarzenie wydaje się odpowiednie, z tym że Smarzowski wszystko robi na swój sposób, a wspólne cechy to podobny sposób rozwijania akcji i dużą dawkę czarnego humoru. Reklamowanie filmu jako polskie „Fargo” to już jednak mocno naciągana teoria (2 rzeczy – jest zima i policjantka jest w zaawansowanej ciąży). Już w „Weselu” Smarzowski pokazywał nam, jak wielkie nieszczęścia biorą początek od jednego malutkiego ustępstwa na rzecz zła. Tak jest i w „Domie złym”. Małe drobnostki przemieniają się w zapalniki do bomby zegarowej prawdziwych nieszczęść.
Epoka, w której cała historia się rozgrywa także odgrywa istotną rolę (chociaż z drobnymi różnicami mogłaby zdarzyć się jutro). 1982 rok to najczarniejszy okres Stanu Wojennego. Beznadzieja i kompletna pustka. Grupa milicjantów przypomina raczej ekipę spod monopolowego niż służby mundurowe. Stoją w kolejce do wódki, zakąszając ogórkiem, które to wydziela miejscowa baba. „Panowie według stopnia”, krzyczy mundurowy Jasiak. Milicjantka w ciąży, tylko nie wiadomo kto jest ojcem. Mąż, czy jego przełożony. Grupa meneli w sklepie wydziera się „Solidarność!”, kiedy okrada Bogu ducha winnego porucznika Mroza z siatki papierosów i demoluje jego radiowóz. Groteska przeplata się z makabrą. Środoń walczy z paranojami w wychodku, a my jesteśmy zasypywani barwnymi anegdotami (jak ta z podpalaczem, który sypiał z żoną komendanta straży pożarnej) Na zakończenie mamy istny krajobraz po bitwie… a w głowie wciąż słyszymy słowa „Prawda? Nie ma takiej.”
Reżyser zrobił film współpracując ze „swoimi” aktorami. Poza pierwszoplanowymi postaciami Jakubika, Dziędziela i Topy, na ekranie widzimy innych „charakterystycznych” aktorów m.in. Lecha Dyblika, Eryka Lubosa czy Bartosza Żukowskiego. W wywiadzie Smarzowski mówił, że lubi obsadzać aktorów, którzy nie grają dużo w kinie (ale rozpoznawalnych, na pierwszy rzut oka), tak aby wykorzystali na 100 procent dany im czas w filmie. Taka metoda jest niezwykle przyjemna dla widza. Dzięki temu nie oglądamy kolejnego polskiego filmu z Borysem Szycem, Karolakiem, czy innym Kotem (choć pojawia się Więckiewicz), a każdy epizod jest perełką. Tym posunięciem Smarzowski robi więcej dla polskiego filmu niż wszystkie nagrody publiczności dla oklepanych aktorów, którzy grają tak dużo, że zaczęli już grać tę samą rolę w każdym filmie.
Muzyka Mikołaja Trzaski idealnie wpasowuje się w ciężki i mroczny klimat filmu. Smarzowski już wcześniej skorzystał z jego muzyki przy realizacji Teatru Telewizji pt. „Kuracja” z Bartkiem Topą w roli głównej. Nie wiem czy jest drugi reżyser w Polsce, który by miał tak bardzo rozpoznawalny styl.
Historia, która balansuje na granicy realizmu, utopiona jest w wiadrach wódki i samogonu. Bohaterowie piją tyle, że bałem się czy sam nie będę miał kaca dzień po seansie. Talent do groteskowego przedstawiania naszych wad Smarzowski wyszlifował do perfekcji i mógłby uchodzić za Krasickiego współczesności. Gdyby nie komediowy sos, to film byłby nieznośny w swej beznadziei i pesymizmie co do naszych wyborów i rozklekotanej hierarchii wartości. Śmiejemy się, choć mamy w sobie sporo grozy i smutku. Smarzowski jednak wie gdzie leży granica i nie przeciąga struny beznadziei. Tak jak po „Weselu” mamy mega kaca, ale wiemy że następnego dnia trzeba wstać, wsiąść do pociągu (chociażby w Bieszczady) i tak jak Środoń spróbować zacząć na nowo.

5.1 / 6

"Janosik. Prawdziwa Historia" (2009) reż. Agnieszka Holland i Kasia Adamik


Przed obejrzeniem "Janosika: Prawdziwej Historii" przeczytałem i wysłuchałem wielu wywiadów z twórczyniami, czyli Agnieszką Holland i jej córką Kasią Adamik. Czytałem jak ta stara serialowa wersja Janosika jest śmieszna i kiepska, jak to panie postanowiły odkurzyć mit, przywrócić miejsce prawdzie historycznej i z drugiej strony zabawić się z widzem i stereotypowym podejściem do tego bohatera. Uważnie nadstawiałem ucha gdy słyszałem Kasię Adamik mówiącą w radiowej Trójce, że ich Janosik jest bohaterem introwertycznym, takim w stylu Daniela Day - Lewisa, czy Christiana Bale'a. Byłem zachwycony. Ale te wszystkie przechwałki mogę tylko podsumować w następujący sposób. Václav Jiráček, czyli odtwórca tytułowego bohatera jest subtelniejszą i mniej krzepką wersją Daniela Day-Lewisa, bo faktycznie z profilu są podobni.
Nie powiedziałbym złego słowa o tym filmie gdyby nie te przechwałki. Faktem znanym i nie ukrywanym przez służby specjalne jest to, że Agnieszka Holland ma w swojej filmografii dzieła absolutnie świetne i powalające na kolana. Natomiast pani "Córka-Znanej-Reżyserki-Sama-Robiąca-Filmy" troszeczke przesadza. Błyszczy w świetle innych, natomiast sama ze swoim dorobkiem filmowym powinna być przynajmniej odrobinę skromniejsza. Może "Szczekając na świat" i "Boisko bezdomnych" to filmy fajne, ale hola hola, czasami lepiej mówić mniej. Żeby nie było, że to ja jestem mądraliński, zaznaczę, że to tylko moje zdanie, bynajmniej nie jakaś tam wielka prawda. Tylko moja subiektywna opinia i wrażenie.
Zacznijmy od tego, że kamera ślizga się po bohaterach i nie mamy okazji przyjrzeć się ich twarzom. (no może tylko Janosikowi) A to jest ważne. Detale, wyraziste epizody. Nie możemy nacieszyć oka świetną kreacją Michała Żebrowskiego, który fantastycznie zagrał prostaka, który pod swoją gruba skórą jest tylko człowiekiem, także wrażliwym i z własną godnością. Za to od cholery mamy Danuty Szaflarskiej, która chyba kradnie wszystkim starszym aktorkom babcine role w polskich filmach (vide "Ile waży koń trojański"). A szkoda, bo przecież w "Pora umierać" pokazała, że wciąż jest świetną aktorką, a nie tylko uosobieniem dojrzałości i życiowego doświadczenia. Szkoda, że niestety czeski Day-Lewis jest tak mało introwertyczny (wbrew przechwałkom) i mało wyrazisty. A już te super efekty specjalne... Okej. Jak na polskie warunki. Cztery z plusem. Ale oskara chyba nie będzie. Pierwsza scena starcia oddziałów Rakoczego z wojskami Habsburgów wcale nie powala. Pękająca czaszka od kuli i rozciętę szablą ludzkie ciało w krzakach to nie jest "Terminator 5". Czy komuś poza mną przypomniała się scena z "Miami Vice" Michaela Manna, w której ciało policjanta działającego pod przykrywką, zostaję dosłownie rozczłonkowane przez snajpera z lunetą? Przepraszam, zbyt hermetyczna dygresja. Choć ten Michael Mann, ciągle mi tu chodzi po głowie, w związku z feministycznym Harnasiem.
Zawsze mi się wydawało, że jeżeli cały film obraca się wokół konkretnego bohatera (no bo chyba jednak chodzi o tego Janosika, czy może nie?) to powinniśmy mieć okazję, się "zaprzyjaźnić" z tą postacią. Nie chodzi o to żeby była pozytywna, czy jakieś takie głupoty. Dajcie nam wejść w jej umysł i duszę. O to tu chodzi. Żebyśmy się chcieli z nią utożsamić, a przynajmniej sympatyzować.
Z tego co jeszcze wyczytałem w tych wszystkich wywiadach, to chyba strasznie ważne miało być to kroczenie Janosika ku ciemności. To znaczy ku śmierci. Straceńcza postawa, poczucie zagrożenia. "Wrogowie Publiczni" Micheala Manna (znowu ten Mann...) to nie był film doskonały. Jednak tam to dopiero było pokazane. Czuliśmy pod skórą jak bohater Johnny'ego Deppa kroczy ku śmierci. Traci grunt, czuje się wyobcowany i ludzie wokół niego są coraz mniej godni zaufania. Nasze szanowne twórczynie zapewniły nam jedną taką sugestię. Ale za to jaką... Janosik wkłada koszulę. Matka mówi do niego "Łoo Jezusicku. Toż to koszulina, którą ci szykowałam na pogrzeb." No prosze... Przecież nie jesteśmy aż takimi debilami. Nie dało rady trochę subtelniej?
Jednym słowem, mało tego, osuwania się w ciemność i pustkę.
Jeszcze jedno. Te wizje i majaki... Nie mam pojęcia co o tym napisać. Jeszcze nagie laski w strumieniu rozumiem. Ale, ta Matka Boska w górskim potoku i w koronie? Kuriozalne. Ciekaw jestem czy któryś z dziennikarzy miał odwagę spytać o to panią Holland lub panią Adamik. Wszystko dałoby się wytłumaczyć gdyby dało się wyczuć jakąś ironię. Jak dla mnie to było całkiem serio.
Żeby nie było, że tylko narzekam. Dawno nie widziałem tak fantastycznych scen erotycznych. Jak to ktoś powiedział: "Czuć kobiecą dłoń" (oczywiście w pracy reżysera). Przyklasnę. Faceci jednak są trochę toporniejsi w tej materii. Albo maksymalna pruderia albo już kompletny pornol. (coś ktoś mówił o "Antychryście"? nie? musiałem się przesłyszeć)
Na plus - Żebrowski, sceny walk, zdjęcia w górskich plenerach, folklor, no i wspomniana juz erotyka. Może jeszcze dobrze zdubbingowany Janosik.
Na minus - to co wszystko opisałem wyżej, plus pokraczne epizody Mariana Dziędziela (co to za peruka?) i Krzysztofa Stroińskiego. Przecież to są świetni aktorzy, jak można obsadzać ich w takich śmiechowych rolach? Z drugiej strony, dlaczego oni się zgodzili? Będą się pewnie tłumaczyć, że wycięli większość ich scen. A tak najpewniej to się wcale nie będą tłumaczyć, bo nikt ich o to nie spyta.
Poza tym minusik za potworną spinkę ze strony twórców. Złotych Lwów nie będzie, no może Telekamera. A pilot nowego amerykańskiego serialu o Nowym Orleanie to jeszcze nie podróż na Marsa.
Ale, na koniec mam kilka ciepłych słów.
Super, że jednak udało się skończyć ten film i w sumie wyszedł na poziomie, mimo przejść z producentami. Już się bałem, że będzie to kolejna spartolona produkcja, która zapowiadała się na coś fajnego. A jednak nie. Bo koniec końców to jest przyzwoity film. Poza tym strasznie fajnie, że coraz więcej kobiet robi u nas filmy. Świeży powiew powietrza w tym śmierdzącym męskim potem polskim kinie (choć najciekawsze tegoroczne debiuty zrobili faceci, to wybaczcie ale recenzję pisałem przed festiwalem w Gdyni i tak to wtedy wyglądało).

3.1 / 6

"Fish Tank" (2009) reż. Andrea Arnold


Akcja filmu toczy się na obskurnych przedmieściach Londynu. Szare blokowiska, zaniedbane trawniki i pełno młodzieży, która nie wie co ze sobą zrobić. W takim środowisku poznajemy główną bohaterkę. Piętnastoletnia Mia właśnie wyleciała ze szkoły, ale nie wydaje się być tym szczególnie przejęta. Woli kręcić się bez celu po okolicy lub tańczyć przy hiphopowej muzyce.
Matka bohaterki nie wygląda na dużo od niej starszą. Może mieć ze 30 lat, może 32. Głównie zajmuje się imprezowaniem i swoim nowym chłopakiem - Connorem. Do tego jeszcze dodamy młodszą córkę młodocianej matki i mamy trzy mało odpowiedzialne kobiety w jednym mieszkaniu.
Główną bohaterką pozostaje jednak Mia. Kamera śledzi każdy jej krok z boku lub, tak jak w filmach Gusa van Santa, długimi ujęciami zza pleców. Widzimy, że Mia z każdą chwilą coraz bardziej interesuje się kochankiem matki. Connor (świetny Fassbender) jest ucieleśnieniem tego czego brakuje w życiu piętnastolatki. Jest opiekuńczy, cierpliwy, a przy tym zabawny, przystojny i inteligentny. Skrzyżowanie idealnego ojca i kochanka. Od razu domyślamy się, że Mia nie szuka w nim tylko ojcowskich cech.
W swoim filmie Andrea Arnold wciąż zaskakuje. Gdy już jesteśmy przekonani, że znamy ciąg dalszy, wtedy reżyserka zbija nas z tropu zmianą tonacji i nastroju. W rezultacie nie możemy przyłapać jej na schemacie, a zmiana klimatu ożywia i wzmaga naszą ciekawość. Film nie idzie utartymi ścieżkami kina społecznego spod znaku Kena Loacha, czy lubującego się w naturalizmie Larrym Clarku. W wyważony sposób poznajemy historię nastolatki, która się buntuje, a jednocześnie pragnie normalności. Jak dowiadujemy się pod koniec nie jest ona doszczętnie zepsuta, ani bezmyślna. Ta ładna i inteligenta dziewczyna próbuje tylko znaleźć miejsce dla siebie, obok ludzi którym zależałoby na niej.
Paradoksalnie „Fish Tank”, pomimo wulgarności i pospolitości bohaterów mówi, o takich wartościach jak rodzina, potrzeba czułości i bliskości. Kiedy bohaterki mówią do siebie „Nienawidzę cię!” albo „Pierdol się!” to wiemy, że w ten sposób wyrażają miłość i wzajemne przywiązanie. Nie potrafią tego ubrać w inne słowa. Wychowały się na kawałkach Gang Starr, Nas’a, Rakima i innych raperach, a nie na Szekspirze i Balzaku.
Niezwykle ciekawie poprowadzona została postać Connora, który budzi sympatię, ale w ostatecznym rozrachunku nie pozostawia nam miejsca na złudzenia. Nie sprosta roli jaką przyjmie w domu trzech kobiet, a na końcu okaże się że nie sprostał też innym zadaniom już wcześniej. Z początku tajemniczy i intrygujący, a ostatecznie po prostu niedojrzały.
Przyznam, że Michael Fassbender robi oszołamiające postępy. Rola więźnia IRA z „Głodu” i ta z „Fish Tank” pokazują, że wyrasta nam aktor na miarę Daniela Day-Lewisa.
Warto też wspomnieć o dobrej roli Kierston Wareing w roli matki, którą już znamy z „Polak potrzebny od zaraz” Kena Loacha oraz o młodziutkiej Katie Jarvis, która wcieliła się w główną bohaterkę.
Bez epatowania przemocą i patologią Andrea Arnold pokazała historię tysięcy podobnych dziewczyn, które dorastają w szarych blokowiskach. Przez chwilę możemy z ich perspektywy przypatrzeć się światu. Nic dziwnego, że chcą poznać lepsze życie, te które widzą wyłącznie w szybie telewizora. Widzą je, ale nie mogą doznać, tak jak rybki w akwarium (to właśnie oznacza tytuł).
Mia udowadnia, że pragnie zmienić swoje życie i dlatego wyjeżdża. Jej nadzieje na lepsze życie w tym miejscu legły w gruzach, wtedy gdy przesłuchanie do pracy tancerki okazuje się być castingiem do strip-baru. Nietrudno się z nią identyfikować, bo przecież każdy chce żyć trochę lepiej. Życzymy jej powodzenia gdy wyjeżdża w podróż do Cardiff.
Jeszcze na koniec doskonała scena kiedy to matka z córkami we trójkę tańczą w pokoju przy „Life’s a bitch” Nasa. Zastanawiałem się czego w niej brakuje. A raczej kogo tam brakuje. Po chwili zrozumiałem, że nie ma tam żadnych mężczyzn. Żaden nie podołał, wydawałoby się, że podstawowym zadaniom. One pokazują, że mają to gdzieś. Nie zamierzają się poddawać, ani nad sobą użalać.
Andrea Arnold nie po raz pierwszy udowodniła, że można opowiedzieć o młodzieży i ich problemach, w naturalny sposób. O tym traktował też jej debiutancki oskarowy film „Wasp”. Może powinniśmy wziąć z niej przykład i stworzyć kino zaangażowane o młodzieży bliższe realizmowi i prostsze, a nie kreować niepełnosprawną karykaturę nastolatek jak w naszych rodzimych „Galeriankach”.

4.9 / 6

sobota, 31 października 2009

„Zero” (2009) reż. Paweł Borowski



Zatłoczone miasto. Ruch na ulicach. Mężczyzna w biurowcu odbiera telefon. Potwierdza zlecenie. Chce się dowiedzieć, czy żona go zdradza. Tak się to wszystko zaczyna.
Już na samym początku dostajemy wskazówkę od reżysera. Pomimo tego, że akcja toczy się w Warszawie, wszystkie samochody mają rejestrację DOE. Co to oznacza? Doe po angielsku to określenie osoby anonimowej, bez tożsamości. Rozumiemy, że nie konkretne nazwy i imiona będą ważne w filmie. I tak jest. Kamera nie przywiązuje się do żadnego z bohaterów. Obserwujemy jedną postać, by po chwili podejrzeć następną, która na przykład, minęła tę pierwszą na klatce schodowej.
Motyw mozaikowości i wielowątkowości wielokrotnie był w filmie wykorzystywany. Można wspomnieć twórczość Roberta Altmana, czy nowsze filmy, choćby „Magnolię” Andersona, „Miasto Gniewu” Haggisa, czy Trylogia Inarritu i jego scenarzysty Arriagi („Amores Perros”, „21 gram” i „Babel”). W polskim kinie ta forma przywodzi mi na myśl jedynie „Gorączkę” Agnieszki Holland z 1980 roku, gdzie kamera śledziła kolejno osoby, wchodzące w posiadanie bomby. Mimo to wtórność formy jest ostatnią rzeczą jaką mogę zarzucić Borowskiemu. Żaden z wymienionych wyżej twórców nie był tak konsekwentny w swym pomyśle jak Polak. Losy bohaterów przeplatają się ze sobą i krzyżują tak jak na doskonałym plakacie (z którego ostatecznie dystrybutor się wycofał zmieniając go na prostszy) gdzie nazwiska aktorów są ułożone w krzyżówkę. Cała ta układanka ma sensowny początek i w w miarę sensowne rozwiązanie.
Plejada polskich aktorów gra everymanów zagubionych pośród codzienności. Nie ma tu pierwszoplanowych ról i tym lepiej, bo wszyscy aktorzy dali z siebie maksimum. Wkurza to, że niektórzy zostali obsadzeni aż do bólu schematycznie (mam na myśli Mariana Dziędziela, grającego dziadowatego taksówkarza, czy Andrzeja Masztalerza jako ubogiego ojca chorego dziecka. Obydwaj zagrali zresztą świetnie). Dla równowagi jednak Robert Więckiewicz zagrał nudnego biznesmena (o dziwo nie alkoholika, ani nie gangstera) a Cezary Kosiński łajdaczącego się pracownika korporacji, wiecznie na bani lub na kacu, który nie bardzo ma ochotę wracać do domu.
Najciekawszy jest jednak motyw tej krzyżówki. To jak nasze życie przeplata się z losami ludzi, których nawet nie znamy. Jak w jednym mieście losy ludzkie ściśle są ze sobą splecione, mimo iż wydajemy się żyć od siebie kompletnie odizolowani. Jesteśmy pewni, że zdołaliśmy się zamknąć w bańce, która nas chroni i jednocześnie izoluje. To nasza obrona na wyrzuty sumienia i brud tego świata. Borowski tę bańkę przekłuwa i pokazuje, że to iluzja. Nie da się odciąć od świata zewnętrznego, bo to my go tworzymy. I jak bardzo byśmy tego nie chcieli, to nasze decyzję i tak będą ciążyć na innych.
Jest oczywiście parę zarzutów, bo nie może być tak, że debiut, a od razu arcydzieło. No bo jak? Świat by się zawalił przecież. Tak dobrze to nie ma!
Jednym, może mało istotnym, jest zbytnia sterylność otoczenia. Zdjęcia i scenografia są tak plastyczne, że nawet syfna taksówka, czy robur rodzimych „prywatnych detektywów”, zdają się być… ładne. To trochę bije po oczach. No bo jak syf, to syf, a nie ładny syf. Poza tym mieszkania ludzi w średnim wieku miały przerażające wnętrza (te meble z IKEI…) ale to już raczej nie zarzut do twórcy tylko do rzeczywistości i trendów wprowadzanych przez dekoratorów wnętrz.
Poważniejszym zarzutem jest jednak delikatny banał całej tej historii. Bo poza doskonałą formą z czym zostajemy po seansie? Z przemyśleniami w stylu: My, tu wszyscy żyjemy w jednym mieście. Młodzi, starzy, biedni, bogaci, piękni, brzydcy. Alfonsi mijają kochających mężów, a wierne żony siadają w autobusie obok prostytutek. Jednym się wiedzie, innym nie. Jednym się uda, drudzy przegrają. Ślepy los rozdaje karty, blablabla. Z drugiej strony, wciąż się łamię i nie jestem konsekwentny. Bo scenariusz jest naprawdę niezły i tylko chwilami niebezpiecznie zbliża się do mielizny. Mam wrażenie, że brakuje nawiasu spajającego całość filmu. Niewystarczającą odpowiedzią jest decyzja bohatera granego przez Więckiewicza, a już na pewno nie może być koperta z 7 tysiącami złotych. To jest chyba najsłabszy moment filmu, który spowodował to małe „ale” w mojej recenzji. Takie rozwiązania są zbyt proste w filmie, który przez cały czas jest utrzymany w realistycznej konwencji.
To by było na tyle jeśli chodzi o wady. Dobrą stroną są za to dialogi. Każdy mówi swoim, pasującym do jego postaci językiem, który jest odzwierciedleniem, tego co słyszymy na ulicach, w sklepach, w pracy. Poza tym sporo tu humoru sytuacyjnego, czasami bardzo czarnego, jak dramatyczny koniec przygody w klubie z obcym facetem w jego domu lub chłopak szukający w pisuarze pierścionka zaręczynowego dla dziewczyny, który na dodatek ukradł swojej podstarzałej klientce seksualnej…
Od strony technicznej film jest perełką. Świetne zdjęcia, montaż, współgrająca z całością sugestywna muzyka, a do tego pierwszorzędne aktorstwo. Film jest niezwykle atrakcyjny wizualnie, intryguje od pierwszych scen. Co prawda w połowie tempo akcji na moment siada (przyznam, że zacząłem myśleć wtedy myśleć nad recenzją), ale na pewno nie ma tu nudy. Tak oryginalny i technicznie dopracowany film jest u nas rzadkością i już z tej przyczyny należy się szacunek twórcom. A to przecież dopiero debiut!
Można się dłużej rozpisywać i to dobry znak, bo film jest ciekawy. A to chyba najważniejsze. Doskonale się go ogląda, sprawia widzowi frajdę, a drobne mielizny scenariusza przykrywa świetne aktorstwo i krwiste postacie. Czekam niecierpliwie na kolejny film Pawła Borowskiego, w międzyczasie łapiąc się za głowę, czemu to „Galerianki” dostały nagrodę w Gdyni za debiut filmowy, a nie „Zero”.

4.7 / 6

piątek, 30 października 2009

"Wszystko co kocham" (2009) reż. Jacek Borcuch


Długo musieliśmy czekać na nowy film Jacka Borcucha. 5 lat minęło od „Tulipanów, które mimo dużego sukcesu artystycznego nie przyciągnęły publiczności do kin. Reżyser i aktor znany głównie z roli w "Długu" Krauzego po raz kolejny udowodnił, że warto na niego obstawiać. Facet po prostu jest zdolny i czuje kino.
Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że to kolejny film o "Solidarności". Pozory jednak mylą. "Solidarność" bowiem jest tu tylko elementem rzeczywistości lat osiemdziesiątych, które sportretował reżyser. Nasuwa się więc fundamentalne pytanie. O czym więc jest ten film? Odpowiedź jest banalna. O młodości.
Janek i jego koledzy właśnie zdali do klasy maturalnej. Jest lato 1981 roku. Akcja rozgrywa się na Wybrzeżu. Po raz pierwszy chyba Pomorze zostało sfotografowane z taką zmysłowością. Wśród szumu trzcin na wydmach czujemy zapach jodu i suchy piasek między palcami u nóg, a w portach intensywny zapach ryb dobiegający z kutrów i mocną woń topionego metalu ze stoczni.
Janek z kolegami mają punkrockową kapelę. WCK (rozwinięcie w tytule) to nazwa ich grupy. Nagrywają demo na konkurs, a nagrodą jest występ na festiwalu muzycznym. Niecierpliwie wyczekują listu z odpowiedzią...
Na dodatek Janek jest zakochany w Basi. Ona jest córką działacza "Solidarności", on synem oficera Marynarki Wojennej (w tej roli świetny Andrzej Chyra, a swoją drogą widział ktoś jego słaby występ?).
Przychodzi 13 grudnia i Stan Wojenny. Wtedy wszystko zaczyna się komplikować w życiu bohaterów.
Historia na pozór jest prosta. Jednak film wciąga i nie przeszkadza, że chwilami jest przewidywalny. Poprzez losy nastolatków Borcuch portretuje całe społeczeństwo w momencie przełomowym dla kraju. A na dodatek wszystko to jest podane w bardzo znośnej formie, bez patosu i łez.
Na początku lat osiemdziesiątych punk w Polsce był najlepszym środkiem wyrazu dla buntu i niezgody na siermiężną rzeczywistość. Granie muzyki jest dla Janka i jego kolegów czymś więcej niż realizacja twórczych potrzeb, lansem, czy dobrym motywem na podryw. Dla nich punk jest czymś szczerym i pozbawionym fałszu. Jest definicją wolności.
W tle pobrzmiewają punkowe klasyki Dezertera, co doskonale koresponduje z filmową akcją, a utwory skomponowane na potrzeby filmu (te które gra WCK) nie rażą banałem i infantylnością, czego się niesłusznie obawiałem. Dla kogoś kto choć przez moment romansował z punkiem w młodości, będzie to fascynujący powrót do tamtego klimatu. Dla pozostałych ciekawe wejście w nieznany, bądź też niepojęty świat, w którym na piedestale stawia się energię i rozpierduchę.
Najbardziej ujęło mnie w filmie Borcucha, to że młodzi są „normalni”. Chcą kochać, grać muzykę, śpiewać to co myślą i czują, chodzić gdzie chcą i spotykać z kim chcą. Polityka, która ciężkimi żołnierskimi trepami włazi w ich życie, burzy te młodzieńcze pragnienia. Narastają antagonizmy między ludźmi. Młodzi bądź co bądź zmuszeni są szybciej dorosnąć. Na szczęście Borcuch nie zagłębia się w temat polityki i trzeba przyznać, że traktuje go uczciwie bez ambicji rozliczania się z historią. Dobrze oddaje to scena gdy młodziutki poborowy pyta Janka z wyrzutem, że ten pali "Ile ty masz lat?!", ten odpowiada mu; "A ty, ile masz?". Takich momentów jest więcej, chociażby sceny na wsi albo rozmowy ojca Janka z żoną.
Ponad ważnymi dla kraju zdarzeniami na pierwszy plan wychodzi zwykłe życie. Małe i większe radości oraz troski. Babcia Janka umiera, kończy się szkoła, a na plaży sąsiadka Janka opala się topless (w tej barwnej roli Katarzyna Herman).
Nic tu nie jest przesłodzone. Nie ma wyraźnych happy endów, jest też sporo goryczy. Tak jak w życiu. Po każdej porażce i kryzysie trzeba wstać rano i od nowa próbować żyć normalnie. Czasami w tej całej celebracji lat osiemdziesiątych zapomina się o codziennym życiu. Ten film nam przypomina, że między strajkami i manifestacjami ludzie spotykali się, słuchali muzyki, czy nawet (o zgrozo) chodzili na plaże.
To co odróżnia film Borcucha od innych obrazów o podobnej tematyce ("Jutro pójdziemy do kina" Kwiecińskiego, czy "Kronika wypadków miłosnych" Wajdy) jest szczerość z jaką sportretowano młodzież. Nie są to karykatury tak jak Witek z filmu Wajdy. Bywają wulgarni, popalają fajki i głośno żartują o seksie. Nie przekonało mnie trio Wesołowski – Damięcki - Pawlicki z "Jutro pójdziemy do kina". Brakowało młodzieńczej pasji i energii. Film Borcucha aż tryska młodością.
Lekko wyblakłe kolory zdjęć sprawiają wrażenie jakbyśmy oglądali fotografie z tamtych lat. To wszystko razem skutkuje autentycznością co nie mogłoby się udać bez wspaniałej gry młodych aktorów. Z niecierpliwością czekam na następne role Olgi Frycz (grającej Basię) i Mateusza Kościukiewicza, który wciela się w głównego bohatera.
Na festiwalu w Gdyni publiczność przyjęła film gorącymi oklaskami (Złoty Klakier za najdłużej oklaskiwany film) i oby tak samo było w zwykłych kinach. Trzymajmy kciuki za "Wszystko co kocham" bo to doskonałe kino, które odmładza i inspiruje. Jacek Borcuch w wywiadach mówił, że scenariusz częściowo oparł na własnych doświadczeniach. I to widać. Z ekranu bije szczerość i tęsknota za młodością, niezależnie od tego, w jakich czasach przyszło nam dojrzewać.

4.8 / 6