
Gdyby każdy film określany mianem remake’u był robiony z podobną koncepcją co „Dwunastu” Nikity Michałkowa, to prawdopodobnie słowo to straciłoby pejoratywny wydźwięk. Typowy schemat na remake ogranicza się do zmian w dekoracjach i wycięcie co bardziej nieaktualnych fragmentów. Zdarzają się także kuriozalne eksperymenty w stylu „Funny Games U.S.” (Haneke w identyczny sposób nakręcił swój film, tyle że w angielskiej wersji językowej w gwiazdorskiej obsadzie). W takiej oto smutnej dobie „rimejkczyzny” Nikita Michałkow - niekwestionowany car rosyjskiej kinematografii kręci autorską wersję „Dwunastu gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta z 1957 roku. Jak to ma wyglądać? Otóż młody Czeczeniec oskarżony jest o morderstwo swojego ojczyma – rosyjskiego oficera. Już po tym zdaniu mamy uczucie deja vu. Nawet nie musimy oglądać tego filmu, bo wiemy od początku do końca jak będzie wyglądał. Na pewno? Otóż nie. Michałkow nie zawiódł. „Dwunastu” to autorska wizja tamtej historii, twórczo zdekomponowana i broniąca się przed sztampą.
W 1957 roku Sidney Lumet nakręcił film o dwunastu przysięgłych ławnikach, którzy mają zadecydować o winie, bądź niewinności młodego chłopaka oskarżonego o morderstwo swojego ojca. Wszystkie dowody i zeznania świadków wskazują na jego winę i sprawa byłaby przesądzona, gdyby nie jeden ławnik (Henry Fonda), który zasiewa ziarno wątpliwości wśród swoich kolegów. Jeśli ktoś nie zna oryginału Lumeta to zapewne pochłonie go sam proces podważania „bezsprzecznych” dowodów na winę chłopaka. Dla reszty, która zna tę historię co innego będzie ważne. Co nowego daje nam obraz rosyjskiego twórcy? Michałkow precyzyjnie buduje konstrukcję z wszystkich elementów konwencji. Historia w swej budowie identyczna, z odpowiednio zmienionymi realiami i detalami. Zamiast amerykańskiej metropolii – Moskwa. Zamiast dorastającego w slumsach chłopaka z patologicznej rodziny, mamy tutaj młodego Czeczena, który zamieszkał z ojczymem – rosyjskim oficerem Specnazu. Akcenty są położone w tym samym miejscu. Czy należy mieć wątpliwości skoro wszystkie okoliczności i zeznania świadków wskazują na winę chłopaka? Jako ten sprawiedliwy – gwiazda rosyjskiego ekranu – Sergiej Makoviecky. Pozostali ławnicy – charakterystyczni aktorzy z reżyserem na czele. Dokonanie Michałkowa można porównać z zabawą małego dziecka, które z pietyzmem układa budowlę z klocków . Układa je z rzemieślniczą wprawą i zaangażowaniem, po to by na samym końcu kopnąć w nie i patrzeć jak rozlatują się po dywanie.
Pod maską dystansu i cynizmu dostrzegamy w każdym z tytułowych dwunastu człowieka. Z ich problemami, bagażem doświadczeń i wewnętrznymi traumami. Widz jest na przemian przyciągany i odpychany. Raz wierzy w niewinność Czeczena, a chwilę potem odczuwa wstręt do rzekomo popełnionej przez niego zbrodni. Poznajemy racje każdego z głosujących i dzięki doskonałej reżyserii te wszystkie poglądy wygłaszane przez bohaterów nie nudzą, a wręcz wciągają swoją anegdotycznością i celnymi pointami. W gruncie rzeczy (paradoksalnie) wszyscy ławnicy są do siebie podobni. Pomimo różnic, żaden z nich nie jest monolitem, każdy się waha. Łatwo dać się uwieść stylowi Michałkowa, który wraca do swoich ulubionych motywów. Impresjonistyczne retrospekcje pokazują los chłopaka na kaukaskiej wsi, zanim przyszła wojna. Są tu też bohaterowie z tajemnicą, tak lubiani przez autora „Spalonych słońcem”. Postacie, które w pewnym momencie zrzucają powierzchowną maskę. Jest także powracający w większości filmów Michałkowa motyw tańca. Rytuał, który na moment wprowadza równowagę w świecie. Taniec, który porywa i na moment pozwala oderwać się od moralnych dylematów, od dobra i zła. Jest to moment, który zwiastuje koniec spokoju i nadejście chaosu. Dla wielbicieli twórczości Rosjanina znajdzie się wiele takich momentów. Bardziej sceptyczny obserwator jednak pomyśli sobie: No i czym ty chcesz mnie zadziwić, przecież ja to znam… Tymczasem, jak już wspomniałem, kiedy układanka jest kompletna - Michałkow z radością obraca ją w gruzy i wytrąca ze spokojnej równowagi widza, któremu zdaje się, że zna zakończenie.
Niestety są też rzeczy, które trzeba wytknąć. Może gdyby gdzieniegdzie zamiast monologu zapadła cisza? Albo gdyby reżyser nie dopowiadał i nie silił się na happy end, czułbym się syty. Dlaczego zakończył tak bardzo dydaktycznie? Być może chciał w ten sposób uzasadnić swoją działalność publiczną. Jak powszechnie wiadomo, Nikita Michałkow we współczesnej Rosji nie jest tylko artystą. Utrzymuje bliskie kontakty z politykami i praktycznie rządzi całą rosyjską kinematografią. W ubiegłych latach pojawiały się nawet plotki, że szykuje się do startu w wyborach prezydenckich. Tylko pojawia się pytanie. Czy oczekujemy polityki od artysty?
Autor „Cyrulika Syberyjskiego” pokazuje przez ostatnie minuty, że cała ciężko wypracowana – tak zwana prawda, to tylko mrzonka. Pokazuje, że wyrok uniewinniający jest taką samą bujdą jak początkowe przekonanie o winie Czeczena. Sprawiedliwość i prawda nikogo nie ocalą jeśli wzorem pozytywistów - aktywnie nie zajmiemy się pracą u podstaw, poświęcając swój czas i środki. Michałkow nie zwala winy na abstrakcyjny „system” (ulubiony wytrych sztuki zaangażowanej). Zwala winę na każdego z osobna. Doskonale rozprawił się z postacią, ławnika, którego w amerykańskiej wersji zagrał Henry Fonda. Ze smutnym uśmiechem patrzyłem jak tenże jąka się w tłumaczeniach, dlaczego nie może (a może nie chce?) wziąć na siebie odpowiedzialności za los chłopaka. Przyznam, że demitologizująca skłonność Michałkowa jest dla mnie jak powiew świeżego powietrza. A to dlatego, że dość krytycznie oceniam oryginał Lumeta. Choć cenię autora „Serpico” i „Pieskiego popołudnia”, to uważam, że film „Dwunastu gniewnych ludzi” mocno się zestarzał i trąci naiwnością. Niezłomnie poszukujący prawdy Przysięgły nr 8 (Henry Fonda) i wykalkulowana konstrukcja filmu, sprawiają, że obraz jest chłodny i nie angażuje emocjonalnie. Jednym zdaniem film pachnie podręcznikiem otwartym na rozdziale „Jak zrobić film o sprawiedliwości, który przejdzie do klasyki”. Michałkow przeskakuje te przeszkody, choć nie potrafi się powstrzymać przed ideologicznym znachorstwem. O doskonałości nie tylko jego reżyserskiej, ale i aktorskiej techniki świadczy scena w której jego postać, w ciągu paru chwil zmienia się ze spokojnego starszego pana w swetrze, w kogoś zupełnie innego. Niestety mówi też o parę zdań za dużo. Tak dzieje się w ostatniej scenie. Postać grana przez Makowieckiego wypuszcza na wolność ptaka zamkniętego (czy może raczej schronionego) w szkolnej sali gimnastycznej. Na zewnątrz jest śnieżyca. Każdy się domyśla, że choć ptak uzyska wolność, to będzie mu trudno przetrwać w takich warunkach. Dla niektórych świetna symboliczna scena, dla innych zbyt banalna. Nie chcę rozstrzygać tej kwestii choć od moich ulubieńców zawsze wymagam więcej. Film i tak się broni, ale mógł być bardziej przenikliwy i celny. Czasami mniej znaczy więcej. Nikita Michałkow chciał być jednocześnie artystą i nauczycielem. Ja wolę artystę, choć jego nauki też wysłucham.
4,8 / 6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz