
Zatłoczone miasto. Ruch na ulicach. Mężczyzna w biurowcu odbiera telefon. Potwierdza zlecenie. Chce się dowiedzieć, czy żona go zdradza. Tak się to wszystko zaczyna.
Już na samym początku dostajemy wskazówkę od reżysera. Pomimo tego, że akcja toczy się w Warszawie, wszystkie samochody mają rejestrację DOE. Co to oznacza? Doe po angielsku to określenie osoby anonimowej, bez tożsamości. Rozumiemy, że nie konkretne nazwy i imiona będą ważne w filmie. I tak jest. Kamera nie przywiązuje się do żadnego z bohaterów. Obserwujemy jedną postać, by po chwili podejrzeć następną, która na przykład, minęła tę pierwszą na klatce schodowej.
Motyw mozaikowości i wielowątkowości wielokrotnie był w filmie wykorzystywany. Można wspomnieć twórczość Roberta Altmana, czy nowsze filmy, choćby „Magnolię” Andersona, „Miasto Gniewu” Haggisa, czy Trylogia Inarritu i jego scenarzysty Arriagi („Amores Perros”, „21 gram” i „Babel”). W polskim kinie ta forma przywodzi mi na myśl jedynie „Gorączkę” Agnieszki Holland z 1980 roku, gdzie kamera śledziła kolejno osoby, wchodzące w posiadanie bomby. Mimo to wtórność formy jest ostatnią rzeczą jaką mogę zarzucić Borowskiemu. Żaden z wymienionych wyżej twórców nie był tak konsekwentny w swym pomyśle jak Polak. Losy bohaterów przeplatają się ze sobą i krzyżują tak jak na doskonałym plakacie (z którego ostatecznie dystrybutor się wycofał zmieniając go na prostszy) gdzie nazwiska aktorów są ułożone w krzyżówkę. Cała ta układanka ma sensowny początek i w w miarę sensowne rozwiązanie.
Plejada polskich aktorów gra everymanów zagubionych pośród codzienności. Nie ma tu pierwszoplanowych ról i tym lepiej, bo wszyscy aktorzy dali z siebie maksimum. Wkurza to, że niektórzy zostali obsadzeni aż do bólu schematycznie (mam na myśli Mariana Dziędziela, grającego dziadowatego taksówkarza, czy Andrzeja Masztalerza jako ubogiego ojca chorego dziecka. Obydwaj zagrali zresztą świetnie). Dla równowagi jednak Robert Więckiewicz zagrał nudnego biznesmena (o dziwo nie alkoholika, ani nie gangstera) a Cezary Kosiński łajdaczącego się pracownika korporacji, wiecznie na bani lub na kacu, który nie bardzo ma ochotę wracać do domu.
Najciekawszy jest jednak motyw tej krzyżówki. To jak nasze życie przeplata się z losami ludzi, których nawet nie znamy. Jak w jednym mieście losy ludzkie ściśle są ze sobą splecione, mimo iż wydajemy się żyć od siebie kompletnie odizolowani. Jesteśmy pewni, że zdołaliśmy się zamknąć w bańce, która nas chroni i jednocześnie izoluje. To nasza obrona na wyrzuty sumienia i brud tego świata. Borowski tę bańkę przekłuwa i pokazuje, że to iluzja. Nie da się odciąć od świata zewnętrznego, bo to my go tworzymy. I jak bardzo byśmy tego nie chcieli, to nasze decyzję i tak będą ciążyć na innych.
Jest oczywiście parę zarzutów, bo nie może być tak, że debiut, a od razu arcydzieło. No bo jak? Świat by się zawalił przecież. Tak dobrze to nie ma!
Jednym, może mało istotnym, jest zbytnia sterylność otoczenia. Zdjęcia i scenografia są tak plastyczne, że nawet syfna taksówka, czy robur rodzimych „prywatnych detektywów”, zdają się być… ładne. To trochę bije po oczach. No bo jak syf, to syf, a nie ładny syf. Poza tym mieszkania ludzi w średnim wieku miały przerażające wnętrza (te meble z IKEI…) ale to już raczej nie zarzut do twórcy tylko do rzeczywistości i trendów wprowadzanych przez dekoratorów wnętrz.
Poważniejszym zarzutem jest jednak delikatny banał całej tej historii. Bo poza doskonałą formą z czym zostajemy po seansie? Z przemyśleniami w stylu: My, tu wszyscy żyjemy w jednym mieście. Młodzi, starzy, biedni, bogaci, piękni, brzydcy. Alfonsi mijają kochających mężów, a wierne żony siadają w autobusie obok prostytutek. Jednym się wiedzie, innym nie. Jednym się uda, drudzy przegrają. Ślepy los rozdaje karty, blablabla. Z drugiej strony, wciąż się łamię i nie jestem konsekwentny. Bo scenariusz jest naprawdę niezły i tylko chwilami niebezpiecznie zbliża się do mielizny. Mam wrażenie, że brakuje nawiasu spajającego całość filmu. Niewystarczającą odpowiedzią jest decyzja bohatera granego przez Więckiewicza, a już na pewno nie może być koperta z 7 tysiącami złotych. To jest chyba najsłabszy moment filmu, który spowodował to małe „ale” w mojej recenzji. Takie rozwiązania są zbyt proste w filmie, który przez cały czas jest utrzymany w realistycznej konwencji.
To by było na tyle jeśli chodzi o wady. Dobrą stroną są za to dialogi. Każdy mówi swoim, pasującym do jego postaci językiem, który jest odzwierciedleniem, tego co słyszymy na ulicach, w sklepach, w pracy. Poza tym sporo tu humoru sytuacyjnego, czasami bardzo czarnego, jak dramatyczny koniec przygody w klubie z obcym facetem w jego domu lub chłopak szukający w pisuarze pierścionka zaręczynowego dla dziewczyny, który na dodatek ukradł swojej podstarzałej klientce seksualnej…
Od strony technicznej film jest perełką. Świetne zdjęcia, montaż, współgrająca z całością sugestywna muzyka, a do tego pierwszorzędne aktorstwo. Film jest niezwykle atrakcyjny wizualnie, intryguje od pierwszych scen. Co prawda w połowie tempo akcji na moment siada (przyznam, że zacząłem myśleć wtedy myśleć nad recenzją), ale na pewno nie ma tu nudy. Tak oryginalny i technicznie dopracowany film jest u nas rzadkością i już z tej przyczyny należy się szacunek twórcom. A to przecież dopiero debiut!
Można się dłużej rozpisywać i to dobry znak, bo film jest ciekawy. A to chyba najważniejsze. Doskonale się go ogląda, sprawia widzowi frajdę, a drobne mielizny scenariusza przykrywa świetne aktorstwo i krwiste postacie. Czekam niecierpliwie na kolejny film Pawła Borowskiego, w międzyczasie łapiąc się za głowę, czemu to „Galerianki” dostały nagrodę w Gdyni za debiut filmowy, a nie „Zero”.
4.7 / 6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz