czwartek, 26 listopada 2009

"Zdobyć Woodstock" (2009), reż. Ang Lee. Flower, power. Czyli pacyfka i do przodu.


Po tym filmie mój kumpel powiedział "W pewnym momencie miałem wrażenie, że to film dla dzieci". I coś w tym jest. Tak przewidywalnego i nieskomplikowanego obrazu nie spodziewałem się po Angu Lee, który przecież stworzył "Ostrożnie, pożądanie" i "Tajemnicę Brokeback Mountain". Głównym bohaterem jest Elliot Tiber (Demetri Martin), który pomagając rodzicom w prowadzeniu motelu i jednocześnie działając na rzecz społeczności lokalnej wpada na pomysł, aby ugościć festiwal hipisów w swojej mieścinie. I to by było na tyle jeśli chodzi o prawdę historyczną. Resztę należałoby traktować z dużym przymrużeniem oka. Bo to co się dzieje w filmie mogło się zdarzyć lub nie. Elliot poświęca się dla rodziców i powstrzymuje przed wyjazdem do miasta. Rodzice, a zwłaszcza matka, nie okazują mu wdzięczności. Motel ma długi, a miejscowość z dnia na dzień podupada. Sąsiad Billy (Emile Hirsch imitujacy styl DiCaprio) równolatek Elliota ciągle nie może sobie uświadomić, że już nie jest w Wietnamie. Co jest najlepsze na te wszystkie problemy? Peace and love.

Muszę oddać twórcom, że duch epoki emanuje z ekranu. Z najmniejszymi detalami została oddana epoka przełomu lat 60 i 70. Ubrania, kostiumy, samochody, fryzury. To wszystko wydaje się być autentyczne, tak że momentami film ociera się o paradokument. Ale niestety zostajemy uraczeni fabułą, która jest schematyczna i banalna jak tylko hollywood potrafi. (no może jeszcze bollywood) Festiwal Woodstock ma być odpowiedzią na wszystkie ludzkie problemy. Ludzie uczą się kochać, rozmawiać ze sobą. Rodzina odnajduje wspólny język i wreszcie Elliot będzie mógł wyzwolić się spod psychicznych kajdan matki. W międzyczasie odnajdzie swoją właściwą tożsamość seksualną, a Billy przypomni sobie, że przed Wietnamem był zwykłym chłopakiem. Wszystko to odbywa się przy browarku, trawce i gdzieniegdzie kwasie. Narkotyki otwierają umysł. Pozwalają nam dotrzeć do własnego jestestwa i wyzwolić się z więzów. Żadnych koncertów nie widzimy, a samą scenę podczas festiwalu widzimy tylko raz, w kwasowej halucynacji pośród fal oceanu ludzi. Hipisi są wolni, a przy nich każdy człowiek powoli się wyzwala, nawet policjant pilnujący porządku.
Szkoda tylko, że pokazana została jedna strona medalu, na dodatek niezwykle bezrefleksyjna. Niektóre pomysły scenarzysty są tak wtórne, że
aż wstyd oglądać. Już rekordy wtórności bije scena gdy naćpani państwo Tiber, tańczą dzikie hołubce. Do tego nieznośna dydaktyka na rzecz tolerancji i miłości bliźniego. Po seansie można by pomyśleć, że gdyby nie Woodstock, to w Stanach Zjednoczonych ciągle obowiązywałaby cenzura i ścigano by komunistów. Ten film faktycznie mógłby być dla dzieci, gdyby nie narkotyki i gdzieniegdzie błyskające, nieopalone tyłki hipisów. Seksu tu nie ma wcale. Chyba zapomnieli o pierwszej części hasła "Sex, drugs and rock'n'roll". Mamy za to ruszające się krzaki i ocieranie nogą o nogę. Bardzo wyzwolona miłość. Irytujący montaż przywodzi na myśl reklamy. Ekran podzielony na dwie lub cztery części, psuje tylko ładne zdjęcia. Muzyka... a jaka może być muzyka w filmie o Woodstocku? Obsada to jedna z niewielu rzeczy, do których nie można mieć zarzutów. Zagrali wszyscy równo i dobrze. Inną kwestią wciąż pozostaje co kazano im grać.

Ten film mógłbym przełknąć jako bajkę o hipisach dla grzecznych dzieci gdyby nie kłamstwo jakie utrwala. Tę druga strona medalu, której tu nie ma, opisał Philip K. Dick w powieści "Przez ciemne zwierciadło". W futurystycznej konwencji opisał jak kończą ludzie po wieloletnim ćpaniu. Z dedykacją dla tych, których narkotyki zniszczyły i wypaliły. Przy tychże nazwiskach czytamy czytamy "Nie żyje, trwała psychoza, poważne uszkodzenie mózgu itd." Niech twórcy filmu popatrzą na historię Janis Joplin, Jimmy'ego Hendrixa, czy nawet Cobaina i powiedzą, czy było warto?

2.1 / 6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz