
Długo musieliśmy czekać na nowy film Jacka Borcucha. 5 lat minęło od „Tulipanów, które mimo dużego sukcesu artystycznego nie przyciągnęły publiczności do kin. Reżyser i aktor znany głównie z roli w "Długu" Krauzego po raz kolejny udowodnił, że warto na niego obstawiać. Facet po prostu jest zdolny i czuje kino.
Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że to kolejny film o "Solidarności". Pozory jednak mylą. "Solidarność" bowiem jest tu tylko elementem rzeczywistości lat osiemdziesiątych, które sportretował reżyser. Nasuwa się więc fundamentalne pytanie. O czym więc jest ten film? Odpowiedź jest banalna. O młodości.
Janek i jego koledzy właśnie zdali do klasy maturalnej. Jest lato 1981 roku. Akcja rozgrywa się na Wybrzeżu. Po raz pierwszy chyba Pomorze zostało sfotografowane z taką zmysłowością. Wśród szumu trzcin na wydmach czujemy zapach jodu i suchy piasek między palcami u nóg, a w portach intensywny zapach ryb dobiegający z kutrów i mocną woń topionego metalu ze stoczni.
Janek z kolegami mają punkrockową kapelę. WCK (rozwinięcie w tytule) to nazwa ich grupy. Nagrywają demo na konkurs, a nagrodą jest występ na festiwalu muzycznym. Niecierpliwie wyczekują listu z odpowiedzią...
Na dodatek Janek jest zakochany w Basi. Ona jest córką działacza "Solidarności", on synem oficera Marynarki Wojennej (w tej roli świetny Andrzej Chyra, a swoją drogą widział ktoś jego słaby występ?).
Przychodzi 13 grudnia i Stan Wojenny. Wtedy wszystko zaczyna się komplikować w życiu bohaterów.
Historia na pozór jest prosta. Jednak film wciąga i nie przeszkadza, że chwilami jest przewidywalny. Poprzez losy nastolatków Borcuch portretuje całe społeczeństwo w momencie przełomowym dla kraju. A na dodatek wszystko to jest podane w bardzo znośnej formie, bez patosu i łez.
Na początku lat osiemdziesiątych punk w Polsce był najlepszym środkiem wyrazu dla buntu i niezgody na siermiężną rzeczywistość. Granie muzyki jest dla Janka i jego kolegów czymś więcej niż realizacja twórczych potrzeb, lansem, czy dobrym motywem na podryw. Dla nich punk jest czymś szczerym i pozbawionym fałszu. Jest definicją wolności.
W tle pobrzmiewają punkowe klasyki Dezertera, co doskonale koresponduje z filmową akcją, a utwory skomponowane na potrzeby filmu (te które gra WCK) nie rażą banałem i infantylnością, czego się niesłusznie obawiałem. Dla kogoś kto choć przez moment romansował z punkiem w młodości, będzie to fascynujący powrót do tamtego klimatu. Dla pozostałych ciekawe wejście w nieznany, bądź też niepojęty świat, w którym na piedestale stawia się energię i rozpierduchę.
Najbardziej ujęło mnie w filmie Borcucha, to że młodzi są „normalni”. Chcą kochać, grać muzykę, śpiewać to co myślą i czują, chodzić gdzie chcą i spotykać z kim chcą. Polityka, która ciężkimi żołnierskimi trepami włazi w ich życie, burzy te młodzieńcze pragnienia. Narastają antagonizmy między ludźmi. Młodzi bądź co bądź zmuszeni są szybciej dorosnąć. Na szczęście Borcuch nie zagłębia się w temat polityki i trzeba przyznać, że traktuje go uczciwie bez ambicji rozliczania się z historią. Dobrze oddaje to scena gdy młodziutki poborowy pyta Janka z wyrzutem, że ten pali "Ile ty masz lat?!", ten odpowiada mu; "A ty, ile masz?". Takich momentów jest więcej, chociażby sceny na wsi albo rozmowy ojca Janka z żoną.
Ponad ważnymi dla kraju zdarzeniami na pierwszy plan wychodzi zwykłe życie. Małe i większe radości oraz troski. Babcia Janka umiera, kończy się szkoła, a na plaży sąsiadka Janka opala się topless (w tej barwnej roli Katarzyna Herman).
Nic tu nie jest przesłodzone. Nie ma wyraźnych happy endów, jest też sporo goryczy. Tak jak w życiu. Po każdej porażce i kryzysie trzeba wstać rano i od nowa próbować żyć normalnie. Czasami w tej całej celebracji lat osiemdziesiątych zapomina się o codziennym życiu. Ten film nam przypomina, że między strajkami i manifestacjami ludzie spotykali się, słuchali muzyki, czy nawet (o zgrozo) chodzili na plaże.
To co odróżnia film Borcucha od innych obrazów o podobnej tematyce ("Jutro pójdziemy do kina" Kwiecińskiego, czy "Kronika wypadków miłosnych" Wajdy) jest szczerość z jaką sportretowano młodzież. Nie są to karykatury tak jak Witek z filmu Wajdy. Bywają wulgarni, popalają fajki i głośno żartują o seksie. Nie przekonało mnie trio Wesołowski – Damięcki - Pawlicki z "Jutro pójdziemy do kina". Brakowało młodzieńczej pasji i energii. Film Borcucha aż tryska młodością.
Lekko wyblakłe kolory zdjęć sprawiają wrażenie jakbyśmy oglądali fotografie z tamtych lat. To wszystko razem skutkuje autentycznością co nie mogłoby się udać bez wspaniałej gry młodych aktorów. Z niecierpliwością czekam na następne role Olgi Frycz (grającej Basię) i Mateusza Kościukiewicza, który wciela się w głównego bohatera.
Na festiwalu w Gdyni publiczność przyjęła film gorącymi oklaskami (Złoty Klakier za najdłużej oklaskiwany film) i oby tak samo było w zwykłych kinach. Trzymajmy kciuki za "Wszystko co kocham" bo to doskonałe kino, które odmładza i inspiruje. Jacek Borcuch w wywiadach mówił, że scenariusz częściowo oparł na własnych doświadczeniach. I to widać. Z ekranu bije szczerość i tęsknota za młodością, niezależnie od tego, w jakich czasach przyszło nam dojrzewać.
4.8 / 6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz