piątek, 6 listopada 2009

"Dom Zły" (2009) reż. Wojciech Smarzowski


Po „Weselu” już wiedziałem, że na filmach Wojtka Smarzowskiego nie sposób się nudzić (no może w „Małżowinie” jest nuda, ale wystylizowana i zamierzona, więc się nie liczy, a poza tym to było dawno i nieprawda). Dialogi, akcja i postacie sprawiają, że jego filmy ogląda się z czystą przyjemnością. Tak też było tym razem. „Dom zły” to kino fascynujące, oscylujące na granicach karykatury, ale bynajmniej nie puste, lecz głęboko grzebiące w moralności i ludzkich wyborach.
Edward Środoń (Arkadiusz Jakubik – niezapomniany Notariusz z „Wesela”) wiedzie spokojne życie. Pracuje w PGRze. Ma żonę, kolegów. Dzieci? No cóż. Bóg nie dał. Pewnego dnia wszystko się kończy. Żona umiera (słowo „nagle” wydaje się być tutaj eufemizmem), Środoń zaczyna pić. Traci pracę, przyjaciół. Jednym słowem nie bardzo po co ma żyć. Któregoś dnia pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża na drugi koniec Polski. Chce zacząć od nowa, z dala od przeszłości, nowy rozdział życia.
To wszystko rozgrywa się w 1978 roku. Trafia do wioski w Bieszczadach gdzie ma pracować jako zootechnik w PGRze. W drodze zastaje go noc i burza. Wchodzi do pierwszego lepszego gospodarstwa. To dom Dziabasów. (Marian Dziędziel i Kinga Preis) Gość w dom, Bóg w dom? Nie tym razem. Zamiast początku nowej drogi Środoniowi przytrafi się tam, delikatnie mówiąc, najbardziej niefartowna noc w życiu .
Na ekranie równolegle rozgrywa się akcja w tym samym miejscu, tyle że 4 lata później. Porucznik Mróz (w tej roli Bartek Topa) przewodzi hałastrze pijanych milicjantów, którzy mają zrobić rekonstrukcję na miejscu zbrodni i dojść co tak naprawdę się stało feralnej nocy. Sam nie pije bo się zaszył, ale jego cierpliwość powoli się wyczerpuje. Z czasem okaże się, że na tej całej prawdzie najmniej wszystkim, poza nim i podejrzanym Edwardem Ś., zależy…
Brzmi jak scenariusz nowego filmu braci Coen? No trochę. To skojarzenie wydaje się odpowiednie, z tym że Smarzowski wszystko robi na swój sposób, a wspólne cechy to podobny sposób rozwijania akcji i dużą dawkę czarnego humoru. Reklamowanie filmu jako polskie „Fargo” to już jednak mocno naciągana teoria (2 rzeczy – jest zima i policjantka jest w zaawansowanej ciąży). Już w „Weselu” Smarzowski pokazywał nam, jak wielkie nieszczęścia biorą początek od jednego malutkiego ustępstwa na rzecz zła. Tak jest i w „Domie złym”. Małe drobnostki przemieniają się w zapalniki do bomby zegarowej prawdziwych nieszczęść.
Epoka, w której cała historia się rozgrywa także odgrywa istotną rolę (chociaż z drobnymi różnicami mogłaby zdarzyć się jutro). 1982 rok to najczarniejszy okres Stanu Wojennego. Beznadzieja i kompletna pustka. Grupa milicjantów przypomina raczej ekipę spod monopolowego niż służby mundurowe. Stoją w kolejce do wódki, zakąszając ogórkiem, które to wydziela miejscowa baba. „Panowie według stopnia”, krzyczy mundurowy Jasiak. Milicjantka w ciąży, tylko nie wiadomo kto jest ojcem. Mąż, czy jego przełożony. Grupa meneli w sklepie wydziera się „Solidarność!”, kiedy okrada Bogu ducha winnego porucznika Mroza z siatki papierosów i demoluje jego radiowóz. Groteska przeplata się z makabrą. Środoń walczy z paranojami w wychodku, a my jesteśmy zasypywani barwnymi anegdotami (jak ta z podpalaczem, który sypiał z żoną komendanta straży pożarnej) Na zakończenie mamy istny krajobraz po bitwie… a w głowie wciąż słyszymy słowa „Prawda? Nie ma takiej.”
Reżyser zrobił film współpracując ze „swoimi” aktorami. Poza pierwszoplanowymi postaciami Jakubika, Dziędziela i Topy, na ekranie widzimy innych „charakterystycznych” aktorów m.in. Lecha Dyblika, Eryka Lubosa czy Bartosza Żukowskiego. W wywiadzie Smarzowski mówił, że lubi obsadzać aktorów, którzy nie grają dużo w kinie (ale rozpoznawalnych, na pierwszy rzut oka), tak aby wykorzystali na 100 procent dany im czas w filmie. Taka metoda jest niezwykle przyjemna dla widza. Dzięki temu nie oglądamy kolejnego polskiego filmu z Borysem Szycem, Karolakiem, czy innym Kotem (choć pojawia się Więckiewicz), a każdy epizod jest perełką. Tym posunięciem Smarzowski robi więcej dla polskiego filmu niż wszystkie nagrody publiczności dla oklepanych aktorów, którzy grają tak dużo, że zaczęli już grać tę samą rolę w każdym filmie.
Muzyka Mikołaja Trzaski idealnie wpasowuje się w ciężki i mroczny klimat filmu. Smarzowski już wcześniej skorzystał z jego muzyki przy realizacji Teatru Telewizji pt. „Kuracja” z Bartkiem Topą w roli głównej. Nie wiem czy jest drugi reżyser w Polsce, który by miał tak bardzo rozpoznawalny styl.
Historia, która balansuje na granicy realizmu, utopiona jest w wiadrach wódki i samogonu. Bohaterowie piją tyle, że bałem się czy sam nie będę miał kaca dzień po seansie. Talent do groteskowego przedstawiania naszych wad Smarzowski wyszlifował do perfekcji i mógłby uchodzić za Krasickiego współczesności. Gdyby nie komediowy sos, to film byłby nieznośny w swej beznadziei i pesymizmie co do naszych wyborów i rozklekotanej hierarchii wartości. Śmiejemy się, choć mamy w sobie sporo grozy i smutku. Smarzowski jednak wie gdzie leży granica i nie przeciąga struny beznadziei. Tak jak po „Weselu” mamy mega kaca, ale wiemy że następnego dnia trzeba wstać, wsiąść do pociągu (chociażby w Bieszczady) i tak jak Środoń spróbować zacząć na nowo.

5.1 / 6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz